🦏 U Tych Panów Z Wielkich Stanów

Panteon Wielkich Polaków – dolna część Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie, przeznaczona na miejsce pochówku i upamiętnienia najbardziej zasłużonych polskich patriotów oraz ludzi kultury i nauki. Znajduje się tu m.in. replika watykańskiego grobu papieża Jana Pawła II. Kryptę Zasłużonych Polaków można zwiedzać. Druga wojna | Autor: Przy tekście pracowali także: Maria Procner (redaktor) Maria Procner (fotoedytor) fot. Conversano Isabella/CC BY-SA Dzięki żmudnej selekcji i krzyżowaniu ras stworzono, przynajmniej według Habsburgów, konia doskonałego„Uderzyło mnie (…), iż w świecie, w którym toczy się wojna, około dwudziestu młodych lub w średnim wieku ludzi o wspaniałej kondycji fizycznej (…) spędzało czas na tresowaniu koni w kręceniu zadem i podnoszeniu nóg stosownie do pewnych sygnałów danych łydkami i lejcami. Jakkolwiek bardzo lubię konie, wydawało mi się to jednak marnotrawieniem energii” – pisał w swoim dzienniku gen. Patton. Znany z ciętego języka i nieobliczalnego zachowania amerykański dowódca musiał jednak poddać się urokowi tego, co zobaczył. Pokaz Hiszpańskiej Szkoły Jazdy obudził w nim duszę kawalerzysty. Te konie trzeba było ratować – i to koniec kwietnia 1945 roku. Finał II wojny światowej wydawał się bliski i nieuchronny, ale świat nadal był w stanie chaosu. Niemcy oraz ich sojusznicy nie zamierzali tanio sprzedać skóry, oddając krwawo każdy skrawek swoich imperiów. I oto w tej burzy ataków, strat i przerażenia rozegrał się jeden z najdziwniejszych epizodów światowego konfliktu. 28 kwietnia 1945 roku oddział ponad 300 amerykańskich żołnierzy przedarł się przez linie wroga, aby dotrzeć do Hostau (obecnie czeski Hostouň). Stawka akcji na terenie kontrolowanym przez Wehrmacht i fanatyczne do końca oddziały Waffen-SS była wysoka – życie światowego skarbu – lipicanerów (lipizzanerów).Rasa końskich panówKoń lipicański to jedna z najstarszych ras w Europie, bo początkami sięga roku 1580. Wówczas to habsburski arcyksiążę Karol II, wzorując się na swoim bracie cesarzu Maksymilianie II, założył własną stadninę w Lipizza (obecnie Lipica na Słowenii). To właśnie tam cesarscykoniuszowie sprowadzali uważane wówczas za najlepsze na świecie ogiery z Hiszpanii, by, jak pisze badacz tematu Waldemar Kumór, „płodziły potomków, których matkami były krzepkie kobyły z okolic Triestu, a od 1584 roku także szlachetne, sprowadzane drogą morską klacze z Andaluzji”. Stamtąd konie trafiały do Wiednia, gdzie już od blisko 20 lat przy cesarskim dworze funkcjonowała szkoła jazdy. Jako że właściwie wszystkie szkolone tam wierzchowce miały hiszpańskie pochodzenie, toteż szkoła z czasem została nazwana hiszpańską, a jej ozdobą i symbolem wkrótce stały się białe żmudnej selekcji i krzyżowaniu ras stworzono, przynajmniej według Habsburgów, konia doskonałego – nie tylko pięknego dla oka, ale też silnego i atletycznego. A jego specyficzna budowa pozwalała mu na lewady, piruety i inne ewolucje nieosiągalne dla pozostałych Signal Corps – Deutsches Bundesarchiv (German Federal Archive), Bild 146-1988-045-34/domena publiczna Na wsparcie ze strony większych sił 3. armii nie można było liczyć – przecież to miała być szybka, cicha umaszczenie (mimo że źrebaki rodzą się przeważnie czarne) miało symbolizować dom cesarski, a lekko wypukły profil łba miał przypominać rzymski (znów cesarski?) nos. Za urokiem zewnętrznym szła również niepospolita inteligencja, która jednak potrzebowała subtelnych i wymagających czasu metod dresażu. Zerwano w nim z dotychczasowym przymusem towarzyszącym szkoleniu koni na potrzeby wojenne i reprezentacyjne. W zamian odwołano się do metod proponowanych przez Ksenofonta, który w swojej Hippice z IV wieku pisał, że „cokolwiek bowiem koń z przymusu czyni, […] tego ani nie pojmuje, ani należycie nie wykonuje, tak samo jak gdybyś tancerza do skoków biczem albo kolczugą podżegał”.W efekcie wyuczone w cesarskiej ujeżdżalni lipicanery, chociaż tworzone na potrzeby pola walki (najprawdopodobniej nigdy z nich nie skorzystano w boju), prezentowały niezwykle widowiskową i niepowtarzalną w owych czasach sztukę poruszania się do muzyki Händla, Szopena czy też Straussa. Nic też dziwnego, że stały się wymarzonymi wierzchowcami cesarzy, królów i wielkich wodzów. Uwielbiali być na nich portretowani i rzeźbieni. Jak pisze Frank Westerman w książce Czysta biała rasa, lipicany spośród wszystkich końskich ras najbardziej zbliżyły się „do bastionów ludzkiej władzy”.Nic dziwnego zatem, że po anszlusie Austrii w 1938 roku lipicanerami zainteresowali się również naziści. Sam Hitler nie przepadał za końmi. Powiadano nawet, że się ich bał. Nie pozostał jednak nieczuły na piękno końskiego baletu, który, łącząc elementy tańca i gimnastyki, wpisywał się w wyznawaną przez Führera Körperkultur. Nie bez znaczenia był oczywiście fakt, że konie były białe i czyste rasowo. Szczególnie klacze stały się centralnym punktem programu hodowlanego III Rzeszy, którego celem było stworzenie prawdziwie aryjskiego konia prace prowadzono również po wybuchu II wojny światowej, a dla zachowania pozorów normalności Hiszpańska Szkoła Jazdy nadal dawała pokazy dla publiczności w Wiedniu. Jednak wraz kolejnymi niemieckimi niepowodzeniami na froncie i groźbą alianckich nalotów stado rozpłodowe lipicanerów oraz wiele innych rasowych koni (w tym również arabów z Janowa Podlaskiego) przeniesiono do stadniny w też: Po co Hitler na potęgę budował autostrady w III Rzeszy?Wróg u bramWkrótce i tam przestało być bezpiecznie, bowiem pod koniec kwietnia 1945 roku miasteczko znalazło się między przysłowiowym młotem a kowadłem. Nieco ponad 30 kilometrów na zachód stała amerykańska 3. armia gen. Pattona, a 60 kilometrów na wschód Rosjanie szykowali się do ostatecznej ofensywy. Natomiast tereny wokół Hostau nadal kontrolował Wehrmacht, a na domiar złego w okolicy wciąż walczyły oddziały stadniny doskonale zdawał sobie sprawę, że prędzej czy później trzeba będzie poddać się którejś ze stron. I pół biedy, gdyby to byli Jankesi. Przerażająca była jednak perspektywa, że to Rosjanie pierwsi zjawią się w Hostau – tym bardziej że miasteczko leżało w przyznanej traktatem jałtańskim rosyjskiej strefie wpływów. I nie o własny los opiekunowie koni obawiali się radziecka umierała z głodu i wszyscy mieli świadomość, że nie będzie miała względów na piękno i wyjątkowość końskich arystokratów. Podzielą smutny los swoich pobratymców z innych stadnin, które „wyzwolili” Sowieci – wylądują w garnkach kuchni polowych. A w najlepszym wypadku zostaną zaprzęgnięci do wozów amunicyjnych. Jakby nie patrzeć, zdobycie jedynego stada rozpłodowego przez Rosjan oznaczałoby zapewne koniec National Archives and Records Administration/domena publiczna Nieco ponad 30 kilometrów na zachód stała amerykańska 3. armia gen. PattonaKonie dla zuchwałychJednym z najwyższych rangą oficerów niemieckich obecnych w Hostau był pułkownik wywiadu Walter Holters i to on zainicjował akcję ratowania bezcennego stada. Ten zapalony koniarz postanowił oddać się Amerykanom do niewoli, by zaproponować im plan przekazania stadniny. W swoich działaniach nie mógł chyba lepiej trafić. Wpadł bowiem w ręce żołnierzy szwadronu rozpoznawczego amerykańskiego 2. pułku w owym czasie zamiast wierzchowców w użyciu były czołgi i wozy pancerne, to wielu oficerów nadal kultywowało tradycje kawaleryjskie utworzonej w 1808 roku jednostki. Jak podkreśla badacz tematu Wiktor Młynarz, nie inaczej było z dowódcą oddziału płkiem Charlesem M. Reedem. Gdy ten bogaty dżentelmen z Wirginii, uwielbiający spędzać wolny czas na grze w polo, usłyszał, co grozi koniom z Hostau, natychmiast podchwycił pomysł ich ocalenia. Zakładał on poddanie się załogi Hostau i pokojowe oddanie koni, z którymi Amerykanie mieli spokojnie odjechać w stronę zachodzącego mniejszym entuzjazmem do przekazanego przez Jankesów planu odniósł się początkowo dowódca garnizonu płk Rudofsky. Choć podzielał on w pełni miłość do koni płków Holtersa i Reeda, to w dalszym ciągu poczuwał się do dotrzymania wierności Führerowi i ojczyźnie. Ale jednocześnie, jak pisze Frank Westerman, „aż kipiał od pogłosek, że Rosjanie bez ceregieli zjadają zdobyczne konie, niezależnie od ich rasy czy pochodzenia”. To przeważyło szalę niepewności – komendant zdecydował się na kolaborację z nieprzyjacielem w imię ratowania końskiej rasy tym samym czasie płk Reed nerwowo wyczekiwał wieści od swojego zwierzchnika gen. Pattona. Przecież zuchwała akcja z wykorzystaniem sił amerykańskich, przy biernym, ale jednak, współudziale wojsk niemieckich i to pod lufami rosyjskich czołgów mogła doprowadzić do międzynarodowego zgrzytu – i to w najlepszym wypadku. Patton nie miał jednak żadnych wątpliwości. Sam był wytrawnym kawalerzystą, posiadającym na swoimi koncie sukcesy sportowe, i jednocześnie doskonale zdawał sobie sprawę z piękna i wartości lipicanerów. Dlatego też jego odpowiedź dla płka Reeda była zdecydowana: „Zdobądź je. Zrób to szybko”.Czytaj też: Karl Dönitz – ostatni Führer. Kim był człowiek, którego Hitler wyznaczył na swego następcę?Kawaleria na ratunekDowódca 3. armii nie mógł jednak odkomenderować zbyt dużych sił do przejęcia stadniny. To miała być mała operacja, której łatwo można było się wyprzeć, gdyby coś poszło nie tak. Grupa zadaniowa liczyła bowiem zaledwie 325 ludzi, wspartych kilkoma jeepami z karabinami maszynowymi, wozami opancerzonymi, pięcioma lekkimi czołgami i dwoma haubicami samobieżnymi. Było to zatrważająco mało wobec wciąż licznych niemieckich dywizji działających w tym obawom rozpoczęta rankiem 28 kwietnia operacja „Cowboy” przebiegała bez przeszkód. Nie licząc drobnych potyczek z oddziałami niemieckimi, Amerykanom udało się szybko dotrzeć do Hostau, gdzie zgodnie z ustaleniami płk Rudofsky poddał garnizon. Dopiero jednak na miejscu do żołnierzy płka Reeda dotarła skala trudności zadania, które przyszło im publiczna owódca 3. armii nie mógł jednak odkomenderować zbyt dużych sił do przejęcia Niemców w celach na miejsce uwolnionych stamtąd przymusowych robotników z Francji, Serbii, Anglii, Polski, Rosji i Nowej Zelandii było niczym wobec logistycznego rozwiązania problemu transportu zdobytych koni. A było się czym przejmować, bo w Hostau zastano blisko 1200 koni, w tym 400 lipicanerów. Co gorsza, wiele klaczy było w zaawansowanej ciąży i istniały obawy o ich bezpieczną ewakuację. Inne niedawno urodziły i były zwyczajnie zbyt słabe na wyczerpującą ucieczkę. Stało się zatem jasne, że stadninę należy utrzymać przez co najmniej kilka dni – do czasu zorganizowania było jednak więcej ludzi, a czas cudzoziemskaZaskoczone początkowo śmiałością i szybkością akcji okoliczne oddziały niemieckie nie zamierzały jednak zupełnie bez walki oddać swoich włości. Amerykanie doskonale zdawali sobie z tego sprawę, ale mieli też świadomość, że posiadanymi siłami nie będą w stanie odeprzeć próby odbicia miasteczka i stadniny. A na wsparcie ze strony większych sił 3. armii nie można było liczyć – przecież to miała być szybka, cicha gorączkowych poszukiwaniach rozwiązania problemu propozycję obrony Hostau zaoferowano wyzwoleńcom. Wszyscy chętnie zgłosili się do pomocy. Uzbrojonych w zdobyczną niemiecką broń kilkuset mężczyzn stanowiło pokaźne wsparcie dla obrońców, ale do skutecznej walki z regularnym wojskiem nie bardzo się nadawali. I nie ratowało Amerykanów nawet wciągnięcie na służbę grasujących w okolicy Kozaków. Ci walczący do tej pory po stronie III Rzeszy znakomici kawalerzyści i zwiadowcy doskonale wiedzieli, jaki los ich czeka, jeśli wpadną w ręce Rosjan. A na Niemców już dawno przestali liczyć. Dlatego też ochoczo przystali do Amerykanów. W dalszym ciągu jednak obrońcom brakowało prawdziwych tej sytuacji wybór mógł być tylko jeden – przetrzymywani w celach żołnierze garnizonu. Amerykanie obiecali im wolność oraz zwrot broni, jeśli ci zgodzą się podporządkować ich dowództwu. Płk Rudofsky i większość jego ludzi przystali na taką propozycję (zapewne oni również, jak Kozacy, byli świadomi, czym jest niewola u Sowietów). Szybko też mieli okazję wykazania się lojalnością wobec nowych Bundesarchiv, Bild 102-10347 / CC-BY-SA W Hostau zastano blisko 1200 koni, w tym 400 lipicanerówOto bowiem 30 kwietnia na Hostau uderzyły jednostki SS. Przezorność Amerykanów się sprawdziła. Żołnierze ich „legii cudzoziemskiej” przez pięć godzin odpierali z powodzeniem kolejne ataki esesmanów, zmuszając ich w końcu do ucieczkaJednocześnie trwały przygotowania do transportu koni za linie amerykańskie. Z okolicy zabrano każdą nadającą się do tego ciężarówkę, ale i tak było wiadomo, że większość zwierząt będzie musiała być przepędzona niczym stada na Dzikim Zachodzie. Wreszcie o świcie 15 maja potężna kolumna samochodów i zwierząt ubezpieczanych przez auta pancerne, czołgi i jadących wierzchem Amerykanów, Polaków oraz Kozaków wyruszyła z Hostau. A czas był najwyższy, do rogatek miasta bowiem zbliżały się forpoczty radzieckich byli mocno zdziwieni widokiem wojsk amerykańskich na swoim terenie, ale nie podjęli żadnych działań. Czekali na decyzje z góry. Na szczęście dla oddziału płka Reeda te nie nadeszły. Czując jednak sowiecki oddech na plecach, zdwojono wysiłki i już koło południa kowboje Reeda dotarli do grzbietu wzgórza, za którym były linie jednak natrafili na nieoczekiwaną przeszkodę w postaci opuszczonego szlabanu granicznego i czeskich partyzantów, zdecydowanych na zatrzymanie koni na terenie Czechosłowacji. Tego już było za wiele dla wymęczonych ludzi i koni. Amerykanie nie zamierzali się targować i bezceremonialnie zagrozili użyciem czołgów. „Liczymy do trzech. A jak przy »trzy« szlaban nie znajdzie się w górze, to zacznie się „sruuu!” – miał powiedzieć dowodzący szpicą por. Quinlivan. Na szczęście zdążono doliczyć tylko do dwóch, kiedy Czechom puściły nerwy i przepuścili nietypową kawalkadę zwierząt i pojazdów. Droga do amerykańskiej strefy była już wolna, a potomkowie uratowanych białych lipicanerów do dzisiaj cieszą oko podczas pokazów Hiszpańskiej Szkoły po latach zapytano płka Reeda o to, dlaczego podjął się operacji ratowania koni, ryzykując w ostatnich dniach wojny życie swoje i swoich ludzi, miał odpowiedzieć: „Byliśmy tak zmęczeni śmiercią i zniszczeniem, że chcieliśmy zrobić coś pięknego”.BibliografiaFelton M., Ghost Riders: When US and German Soldiers Fought Together to Save the World’s Most Beautiful Horses in the Last Days of World War II, Cambridge K., How General Patton and Some Unlikely Allies Saved the Prized Lipizzaner Stallions, [dostęp: Hippika i hipparch, czyli jazda konna i naczelnik jazdy, tłum. A. Bronikowski, Ostrów E., Koń doskonały. Ratując czempiony z rąk nazistów, tłum. J. Gilewicz, Kraków W., I tylko koni żal…, [dostęp: G., Wojna. Jak ją poznałem, tłum. E. Niemirska, Warszawa F., Czysta biała rasa. Cesarskie konie, genetyka i wielkie wojny, tłum. J. Jędryas, Wołowiec 2014.
Ojcowie założyciele Stanów Zjednoczonych ( ang. Founding Fathers of the United States) – działacze polityczni, którzy podpisali Deklarację niepodległości lub Konstytucję Stanów Zjednoczonych (1787), czy też uczestniczyli w rewolucji amerykańskiej jako Patrioci, czyli przeciwnicy Lojalistów. Byli wśród nich Thomas Jefferson
KAI: Sąd Najwyższy USA podjął historyczną decyzję, obalając stary aborcyjny precedens. Czy my Polacy, mamy w tym swój udział? - Pragnę przypomnieć, że Matka Boża w ikonie Częstochowskiej, Królowa Polski, wędrując przez świat „Od Oceanu do Oceanu”, odwiedziła Amerykę w latach 2013 – 2014. Ta wędrówka przez Stany Zjednoczone trwała rok i trzy miesiące. Była to nieustanna modlitwa w obronie ludzkiego życia. Jestem przekonana, że to Matka Boża doprowadziła do tej historycznej zmiany. Maryja jest bardzo pokorna i nie zależy Jej na medialnym rozgłosie, więc nieraz słabo dostrzegamy, jak wiele robi, aby ratować poczęte dzieci. Od kilku już lat w Stanach Zjednoczonych jedna za drugą są zamykane placówki aborcyjne, a społeczeństwo coraz bardziej popiera obronę życia. Wyrok Sądu Najwyższego jest ukoronowaniem tego procesu. Uznaje on, że konstytucja USA nie gwarantuje tzw. prawa do aborcji. Decyzję w tej sprawie oddano demokratycznie wybranym przedstawicielom władz konkretnych stanów. Zaledwie kilka lat temu było to w ogóle nie do pomyślenia, chociaż obrońcy życia podejmowali usilne starania, aby obalić ten kłamliwy, aborcyjny precedens. Mur zła był nie do pokonania. To, co się teraz stało, jest ewidentnym cudem! KAI: Mówi Pani, że to Matka Boża doprowadziła do tej historycznej decyzji amerykańskiego sądu i wiąże to Pani z peregrynacją Jej wizerunku po Stanach Zjednoczonych... - Ikona Matki Bożej Częstochowskiej jest znana i czczona na całym świecie. Jest tą Bożą iskrą, która promieniuje z Polski. W 2012 roku ruszyła międzynarodowa peregrynacja „Od Oceanu do Oceanu” w obronie cywilizacji życia i miłości. Zaczęliśmy na Jasnej Górze od poświęcenia specjalnie przygotowanej, ikonograficznej kopii Wizerunku Jasnogórskiego oraz złożenia „Aktu Powierzenia ochrony cywilizacji życia i miłości w ręce Najświętszej Maryi Panny”. Prosiliśmy, aby to Ona pomogła ocalić cywilizację życia, bo sami, pomimo olbrzymich starań, nie dajemy rady. Akt ten był nieustannie ponawiany w tysiącach kościołów w 29 krajach. Trasa prowadziła od Władywostoku przez Rosję, Kazachstan, Białoruś, Ukrainę, Łotwę, Litwę, Polskę, Czechy i Słowację, Węgry i Rumunię, Słowenię, Chorwację, Włochy, Austrię, Lichtenstein, Szwajcarię, Niemcy, Belgię, Wielką Brytanię, Irlandię, Francję, Hiszpanię i Portugalię. Pierwszy etap rozpoczął się we Władywostoku nad Pacyfikiem, a zakończył w Nazaré w Portugalii nad Atlantykiem. W drugim etapie Matka Boża w intencji obrony życia przez rok i trzy miesiące peregrynowała przez Stany Zjednoczone i Kanadę. Później pojechała do Meksyku, Panamy i Ekwadoru. W sumie przejechała prawie 200 tys. kilometrów przez 5 kontynentów (równik ma 40 tys., więc jakby 5 razy dookoła świata). Jest to tym bardziej zadziwiające, że na zorganizowanie tego wszystkiego nie mieliśmy dużo pieniędzy ani też żadnych wielkich sponsorów. Włączały się ruchy obrony życia z kolejnych krajów, organizując tę peregrynację u siebie. W tym roku mija 10 lat od rozpoczęcia tej szczególnej pielgrzymki. To znakomity czas na podsumowania i wnioski. KAI: Wróćmy jednak do Stanów Zjednoczonych – jak przebiegały spotkania Amerykanów z wizerunkiem Czarnej Madonny? - Jesienią 2013 roku rozpoczęła się wizyta ikony częstochowskiej w USA. Patronowała jej jedna z najstarszych w Ameryce organizacji pro-life – Human Life International, z którą i my, Polacy jesteśmy związani. Kustoszem ikony podczas całej tej zadziwiającej podróży przez USA był ks. Peter West, wówczas wiceprezydent HLI. Jeździł on z ikoną od parafii do parafii, spotykał się z ludźmi i głosił kazania. Tłumaczył przesłanie i język ikony częstochowskiej, nawiązywał do historii Polski oraz budził zaangażowanie ludzi w obronie życia. Wierni odmawiali Akt Powierzenia lub modlitwę św. Jana Pawła II z Encykliki „Evangelium vitae”. Odwiedzał parafie rzymskokatolickie, greckokatolickie, cerkwie prawosławne oraz wiele sanktuariów. Jechał z ikoną wszędzie tam, gdzie ją zapraszano, każdego dnia nocował w innym miejscu. Ludzie nieustannie prosili, aby pozwolił im zabrać ikonę, aby razem z Matka Bożą modlić się przed kolejnymi placówkami aborcyjnymi. Z bólem opowiadali, jak od lat robią wszystko, co możliwe, aby zamknąć koszmarny proceder zabijania poczętych dzieci. Mieli świadomość, że sami nie są w stanie wygrać z tym aborcyjnym molochem. Stawali przed placówkami aborcyjnymi w miejscu publicznym, na ulicy czy na trawniku i razem się modlili. Było wśród nich także wielu Polaków. Ks. West jeździł wówczas do różnych parafii narodowych, np. do wiernych pochodzenia koreańskiego, do Wietnamczyków, Afroamerykanów i in. Oczywiście najbardziej radośnie Matka Boża była przyjmowana w parafiach polskich. Nie można sobie wyobrazić większej promocji ikony częstochowskiej i Polski. Podczas wizyty z ikoną w telewizji EWTN prowadzący zapytał ks. Westa, czy ma polskie korzenie, gdyż tak wiele i tak ciekawie opowiadał o Polsce. Okazało się, że jego przodkowie byli Szkotami i Irlandczykami. Polskę pokochał, bo pokazała mu ją Matka Boża. KAI: Od czego rozpoczęła się wizyta w Ameryce? I czy od razu poszliście modlić się pod placówkę aborcyjną? - Uroczyste powitanie przygotowano na wyspie św. Klemensa na rzece Potomac, gdzie historycznie odbyła się pierwsza Msza św. w dziejach Północnej Ameryki. W kolejnym dniu - a był to 26 sierpnia 2013 roku, uroczystość Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej – wielu uczestników poszło z ikoną modlić przed placówkę aborcyjną w Georgetown. Było to wyjątkowo koszmarne miejsce, gdzie znany aborcjonista LeRoy Cathart zabijał dzieci nawet w dziewiątym miesiącu ciąży. Był wówczas „nie do ruszenia”. Ludzie prosili Matkę Bożą o wstawiennictwo, aby wreszcie powstrzymać ten aborcyjny biznes i obalić orzeczenie Sądu Najwyższego w sprawie Roe przeciwko Wade, które odgórnie wymusiło legalizację zabijania dzieci w okresie prenatalnym w całej Ameryce. KAI: Jaki był odzew po tej modlitwie przed pierwszą na trasie placówką aborcyjną? - Konsultantki, które codziennie tam pracowały, prowadząc tzw. doradztwo uliczne, usiłując ratować kobiety idące na aborcję i ich dzieci, były pod wrażeniem efektów tej modlitwy w tym szczególnym dniu. Później skontaktowały się ks. Westem, opisując zadziwiające sytuacje, które się wówczas wydarzyły. Jedna z nich powiedziała, że obecność ikony zadziałała jak egzorcyzm. Ona nigdy nie spotkała się z czymś takim. Tego dnia udało się ocalić troje dzieci. Po raz pierwszy powstała możliwość spokojnej, życzliwej rozmowy z pracownikami tego centrum aborcyjnego, jakby została zdjęta jakaś niewidzialna blokada. Wcześniej padały tylko przekleństwa. A najbardziej zadziwiającym wydarzeniem było skierowanie wydane w tej placówce aborcyjnej dla brzemiennej nastolatki na badanie USG w centrum pro-life. Po prostu – Maryja stała razem z modlącymi się ludźmi i wstawiała się za nimi. Nie sposób opisać wszystkich podobnych wydarzeń. Dla przykładu – po wizycie w Teksasie, trwała modlitwa przed ostatnią już placówką aborcyjną w mieście Corpus Christi. Po trzech miesiącach definitywnie ją zamknięto, a budynek został wykupiony przez proliferów i zamieniony w poradnię pomocową dla kobiet w ciąży, z figurą Matki Bożej na dachu. Jeszcze bardziej zadziwiającym znakiem było zamknięcie olbrzymiej placówki aborcyjnej Planned Parenthood pod Cincinnati. Decyzja władz sanitarnych została wydana 15 sierpnia 2014 roku w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Aborcjoniści złożyli odwołanie do sądu. Ostateczna decyzja nakazująca zamknięcie placówki, zapadła 22 sierpnia w święto Najświętszej Maryi Panny Królowej. W ciągu kolejnego roku po wizycie ikony częstochowskiej w USA zamknięto ponad dwieście placówek aborcyjnych. W następnych latach likwidowano kolejne i kolejne. KAI: Czy uczestniczyła Pani w tych wydarzeniach osobiście? - Osobiście byłam z ikoną i sporą grupą ludzi modlić się pod placówką aborcyjną pod Chicago. Obok było katolickie centrum pomocowe, gdzie w kaplicy zorganizowano całodobową adorację. Modlących się ludzi bardzo bolało, że w najbliższym sąsiedztwie są zabijane dzieci w łonach matek. Wzięliśmy ikonę i poszliśmy ulicą, jak w procesji. Ludzie śpiewali i głośno się modlili. Przed wejście wyszedł jeden z aborcjonistów. Przyjrzał się nam z pogardą i zaczął się śmiać. Nie dążyliśmy do bezpośredniej konfrontacji, więc powoli odeszliśmy. Było to bardzo niemiłe doświadczenie. Dzisiaj ta aborcyjna placówka już nie istnieje! KAI: Czy ikona również stanęła przed samym Sądem Najwyższym w Waszyngtonie? - Tak. W styczniu 2014 roku nasi przyjaciele z Human Life International postanowili zabrać ją na wielki Marsz Życia w Waszyngtonie. Spotykają się na nim setki tysięcy ludzi, w większości młodych. Atmosfera jest niepowtarzalna, niezwykle radosna, pełna afirmacji życia. Otrzymaliśmy zaproszenie, więc i ja z mężem wybraliśmy się do Ameryki i mogliśmy towarzyszyć Matce Bożej podczas tego wydarzenia. W tym dniu ikoną opiekowali Rycerze Maltańscy. Po przejściu w marszu pod Kapitol, siedzibę amerykańskiego Kongresu, przeszli jeszcze pod Sąd Najwyższy. Ikona, oparta na ramionach rycerzy szpitalników maltańskich, otoczona tłumem rozmodlonych ludzi, stała tam jak znak, że Amerykanie pragną zrzucić z siebie ten morderczy, precedensowy wyrok Sądu Najwyższego, który nie pozwalał im bronić życia swoich dzieci w łonach matek. W tym czasie zmiana w ogóle nie była do pomyślenia. Większość sędziów SN, którzy pełnią swoje funkcje dożywotnio, popierała aborcję na życzenie. Precedensowy wyrok ws. Roe przeciwko Wade, narzucający tzw. prawo do aborcji w całych Stanach Zjednoczonych, mocno wzrósł w amerykański system prawny. Próby ponownego rozpatrzenia zafałszowanej sprawy Normy McCorvey (pseudonim Roe) zostały odrzucone. Obrońcy życia czuli się kompletnie ubezwłasnowolnieni. Ale była z nami Matka Boża w częstochowskiej ikonie, którą prosiliśmy, aby wzięła tę sprawę w swoje ręce. Minęło 8 lat. Ikona pojechała na południe, jednak modlitwa z Maryją pozostawiła trwale ślady. Zaczęły następować powolne, coraz bardziej zauważalne zmiany świadomości społecznej. Kilku starych sędziów zmarło. Zmienił się układ polityczny. Prezydentowi Trampowi, który był zdecydowanie po stronie życia, udało się powołać aż trzech nowych sędziów i nagle okazało się, że większość jest po stronie życia. Niemożliwe stało się faktem i zapadł historyczny wyrok obalający aborcyjny precedens. KAI: Jak to odbierają zwykli Amerykanie? Czy rzeczywiście żądają „prawa do aborcji”? - Najnowsze badanie amerykańskiej opinii publicznej, przeprowadzone przez Uniwersytet Harwarda oraz firmę Harris, które opublikowano 4 lipca, wykazało, że obalenie aborcyjnego precedensu przez Sąd Najwyższy popiera 75% amerykańskiego społeczeństwa. Amerykanie są bardzo wrażliwi na problem wolności. „Liberty”, a nie demokracja, jest dla nich najwyższą wartością. Zaczęli dostrzegać, że zabijanie dzieci w łonach matek zostało im narzucone wyrokiem sądowym. Nikt ich wcześniej o zdanie nie pytał. KAI: Jakie to ma znaczenie w wymiarze międzynarodowym? - Sąd Najwyższy uznał, że Konstytucja USA nie zapewnia „prawa do aborcji”. Ma to olbrzymie znaczenie dla całego świata, zwłaszcza dla krajów Ameryki Południowej. Również dla Polski. Rozpoczyna się kolejny okres zmagania o życie, ponieważ decyzje będą teraz zapadały w demokratycznie wybranych parlamentach stanowych. Ale jednocześnie, w odpowiedzi na wyrok amerykańskiego Sądu Najwyższego, bardzo niepokojąca jest dyrektywa Parlamentu Europejskiego, zalecająca wprowadzenie aborcji do Europejskiej Karty Praw Podstawowych. Jest to nieprawomocna próba wywierania presji w tej sprawie na suwerenne mocarstwo, jakim są Stany Zjednoczone i niezależność Sądu Najwyższego. Batalia trwa, a jej ciężar zaczyna się przenosić na naszą stronę Atlantyku. KAI: Gdzie obecnie znajduje się ikona częstochowska peregrynująca „Od Oceanu do Oceanu”? - W Quito, stolicy Ekwadoru. Musiała się zatrzymać na dłużej z powodu pandemii. Jeżeli Matka Boża będzie chciała pojechać dalej, tak się z pewnością stanie. To, co się teraz dzieje w Stanach Zjednoczonych, pokazuje jak wielka jest siła konsekwentnego działania, wspólnej modlitwy i wstawiennictwa Matki Bożej. Ludzie dzwonią i piszą do ks. Westa, dziękując za przywiezienie ikony częstochowskiej do Ameryki i gratulują wielkiego sukcesu. To powinno utwierdzać nas w przekonaniu, że z pomocą Maryi jesteśmy w stanie obronić cywilizację życia i miłości. Na naszych oczach dzieją się nadzwyczajne, historyczne wydarzenia. Czy je w ogóle zauważamy, doceniamy i za nie dziękujemy? *** Więcej informacji na temat peregrynacji ikony częstochowskiej „Od Oceanu do Oceanu” można znaleźć na stronie KAI / Warszawa
Johan Ludwig Mowinckel został po raz trzeci premierem Norwegii. 4 marca : Franklin Delano Roosevelt został zaprzysiężony jako 32. prezydent Stanów Zjednoczonych. W czasie swego inauguracyjnego przemówienia, w nawiązaniu do wielkiego kryzysu powiedział, że: „jedyną rzeczą, której powinniśmy się obawiać – to sam strach”.
Policja, straż miejska i pożarna to instytucje, które mają nam służyć. Jednak niektórzy z nas nie zdają sobie z tego sprawy i często są wrogo nastawieni do straż miejska i pożarna to instytucje, które mają nam służyć. Jednak niektórzy z nas nie zdają sobie z tego sprawy i często są wrogo nastawieni do zawodów, które nie zawsze są pozytywnie odbierane przez nasze społeczeństwo, należy niewątpliwie strażnik miejski. Mimo że municypalni strzegą porządku w mieście, wiele osób podchodzi do ich z załata im opon- Trafiamy na różnych ludzi - przyznaje Jerzy Brążkowski ze Straży Miejskiej w Świeciu. - Ostatnio jeden pan przekroczył samochodem dozwoloną prędkość i jeszcze miał do nas pretensje, dlaczego ustawiliśmy fotoradar w tym miejscu. Ludzie zwykle nie widzą swojej winy i uważają, że jesteśmy wobec nich złośliwi, a my przecież wykonujemy tylko swoją pracę. Mieliśmy także sytuację, podczas której przyszedł do nas pewien świecki wulkanizator i nie dość, że zachowywał się w komendzie jak u siebie w domu, to jeszcze rozstawiał wszystkich strażników po kątach. W końcu wymyślił sobie, że w swojej firmie nie będzie obsługiwał strażników miejskich i rzeczywiście słowa dotrzymał - dodaje Jerzy że takie sytuacje nie są dla mundurowych przyjemne, to jednak znają oni realia swojej pracy i są już przyzwyczajeni do takich Ludzie często reagują w ostry sposób, gdy komuś dzieje się krzywda - stwierdza Robert Wojciechowski, zastępca komendanta Powiatowej Straży Pożarnej w Świeciu. - Jest to naturalny odruch, ale takie zachowanie czasem bardzo przeszkadza. - Zdarza się, że jesteśmy krytykowani za to, że zbyt późno przyjeżdżamy na miejsce wypadku, ale później okazuje się, że to świadkowie zdarzenia za późno nas o nim powiadomili. Często także słyszymy głosy: „Zrobiłbym to lepiej”. Nikt jednak nie kwapi się do szybkiej pomocy i powiadomienia o tym straży. Muszę przyznać z przykrością, że do takich sytuacji dochodzi bardzo często, ale chyba z większą agresją stykają się strażnicy miejscy czy policjanci - dodaje Robert za mandat- To fakt, że ludzie czasem zbyt nerwowo reagują na to, że na przykład zatrzymamy ich pojazd do kontroli - komentuje komisarz Mirosław Elszkowski, zastępca komendanta powiatowego policji w Świeciu. - Często używają oni wulgarnych określeń i buntują się przeciwko mandatom. Mamy też problem z fikcyjnymi zgłoszeniami, w których dowcipnisie nie szczędzą niecenzuralnych słów.

W tym dniu odwołujemy się do tych duchów światła, wielkich w swej pokorze i rozświetlonych przez miłość i dobroć, którą promieniują. Udziel nam, o drodzy Starzy Czarni, daru osiągnięcia odrobiny waszej pokory, waszej miłości i waszej czystości myśli, abyśmy mogli wypełnić naszą misję na ziemi, naśladując wasze

Co to jest świadome macierzyństwo? Dnia 25 października r. 1931 otwarto przy ulicy Leszno 53 w Warszawie pierwszą w Polsce poradnię świadomego macierzyństwa. Data ta będzie miała z pewnością swoje znaczenie. Ponieważ idea — u nas przynajmniej — jest nowa, pragnę w paru słowach objaśnić jej istotę. To jest... czy ja się dobrze wyraziłem, że idea jest nowa? Raczej jest dość stara. Czy zauważył kto mianowicie, aby żona dyrektora fabryki czy banku, aby pani doktorowa lub pani profesorowa miała tuzin a nawet pół tuzina dzieci, aby rodziła piętnaście razy, jak się to zdarza często w domu robotnika lub chłopa? — Nie. — Więc co? Czyżby fizjologja u tych pań była inna, czyżby natura odmieniła dla nich swoje prawa? — Też chyba nie. Poprostu, te uprzywilejowane istoty posiadły oddawna sekret regulacji urodzeń czyli świadomego macierzyństwa; mają przeważnie dzieci kiedy chcą, ile chcą, nie przekraczają cyfry czasem aż nazbyt niskiej. Stąd, widzimy taki obraz: w obszernem mieszkaniu na pierwszem piętrze bawi się dwoje zdrowych dzieci; w suterenach, w jednej izbie, gniecie się ich, choruje i często mrze ośmioro... To, co pani robi codzień... Zatem, świadome macierzyństwo jest oddawna faktem w sferach t. zw. wyższych. — Co to jest regulacja urodzeń? — pytała mnie jedna paniusia. — To jest, łaskawa pani, to, co pani robi codzień. Chodzi o to, aby dobrodziejstw świadomego macierzyństwa, będących dotąd monopolem uprzywilejowanych, dostarczyć tym, którzy najbardziej ich potrzebują. Temu celowi służy nowa poradnia. Ma ona uświadomić kobiety, że ustrzec się ciąży można i nieraz trzeba; ma im dostarczyć taniej i dobrej rady lekarskiej oraz najlepszych środków zapobiegawczych po cenie kosztu. Nie jest to instytucja dobroczynna, ale instytucja społeczna. — A jeżeli bezpłodna kobieta chce mieć dzieci? — W takim razie lekarz udzieli jej wszelkiej rady potemu. Już obecnie przychodzą takie pacjentki. Nie chodzi o to, aby bezwzględnie ograniczać liczbę urodzeń; chodzi o to, aby mieli dzieci ci, którzy je mogą wyżywić i wychować. To wyraża sama nazwa: „świadome macierzyństwo“. Nowość nie nowa Oczywiście jednak, główną klientelą poradni będą kobiety pragnące ustrzec się ciąży. Nie przerwać ją[1], ale ustrzec się jej. O ile idea ta nie jest nowa w stosunku do praktyki klas uprzywilejowanych, nie jest również nowa, jeżeli spojrzeć na to co się dzieje na szerokim świecie, nie zacieśniając się do naszego podwórka. Takie poradnie istnieją i funkcjonują w wielu krajach Europy. W Holandji są — bodaj od czterdziestu lat — uznane za instytucje użyteczności publicznej. W Anglji popierane są przez rząd. Pełno ich w Skandynawji, coraz więcej w Niemczech. Istnieje Światowa Liga regulacji urodzeń, która urządza doroczne kongresy i w której znajdują się przedstawiciele wszystkich krajów, z wyjątkiem, jak dotąd, Polski. Nie bez walki Rzecz prosta, że nie obyło się to bez walki. Idea regulacji urodzeń urażała zbyt wiele zabobonów, zbyt wiele zastarzałych narowów myślenia, zbyt wiele interesów wreszcie, aby mogła sobie tak łatwo utorować drogę. Długi czas nie wolno było o niej swobodnie pisać, nie mówiąc już o działaniu. Najpoważniejsze publikacje w tym duchu konfiskowano np. w Niemczech pod zarzutem... pornografji! Anglja, Ameryka, nie chciały słyszeć o tem. Idea świadomego macierzyństwa miała swoich męczenników, którzy pokutowali za nią po więzieniach. Ida Cradvoch, pierwsza pionierka regulacji urodzeń (birth-control) w Ameryce, skończyła samobójstwem, zaszczuta przez obłudę społeczną. Kilka dziesiątków lat trwało, zanim idea świadomego macierzyństwa odniosła pełne zwycięstwo. Nazywam je pełnem, ponieważ nastąpiło ono w najbardziej konserwatywnym kraju, w najbardziej konserwatywnej instytucji. Dnia 28 kwietnia 1928, angielska Izba Lordów wezwała rząd do usunięcia zakazu, który wprzód zabraniał instytucjom społecznym uświadamiania kobiet o metodach chronienia się od ciąży. Widocznie cyfry rosnącego bezrobocia wymowniejsze były dla angielskich mózgów niż wszystkie argumenty odwołujące się do rozumu i ludzkości. Co mówi Mussolini? Dwa są jeszcze kraje, w których propaganda świadomego macierzyństwa oraz dostarczanie środków zapobiegania ciąży karane są grzywnami i więzieniem: Francja i Włochy. Trzeba wytłumaczyć czemu. Francja jest, można powiedzieć, ojczyzną świadomego macierzyństwa; jeżeli nie jego teorji, to praktyki. Oddawna, bez haseł i programów, z instynktu — można powiedzieć — zaczęto tam ograniczać przyrost rodzin. Różne czynniki się na to złożyły: francuski zdrowy rozum, i instynkt posiadania, pęd do wyższej stopy życia i wzniesienia się na drabinie społecznej, i zmysł samoobrony kobiety, która nie chce rezygnować z kobiecości i nie chce być tylko maszyną do rodzenia dzieci. Nie żadne „wyczerpanie rasy“, ale poprostu świadome ograniczenie było przyczyną zmniejszenia liczby urodzeń. Oddawna utrwalił się tam słynny system dwojga dzieci, który stworzył zamożność Francji. Po przegranej wojnie r. 1870, stagnacja przyrostu ludności zaniepokoiła rząd, przedewszystkiem z punktu militarnej przewagi szybciej mnożących się Niemiec. Rząd wywiera tedy presje w duchu populacyjnym, właśnie dlatego, że kraj oddawna uprawia regulację; i ludność uprawia ją wciąż, mimo wszelkich represyj, tyle tylko, że stosuje ją zapewne gorzej pod względem higjeny niżby to było możliwe przy zupełnej swobodzie. Akcja przeciw świadomemu macierzyństwu trąci tu zresztą — jak wszędzie — pocieszną obłudą: minister nagradza krzyżem Legji z trudem wynalezionego biedaka, który ma ośmioro dzieci, ale sam pan minister ma... jedno dziecko lub dwoje. Bądź co bądź, dzięki ograniczeniu urodzeń, Francja jest krajem, który prawie niema bezrobotnych. I zamiast by Francja nadążyła płodności Niemiec, przeciwnie, dzisiejsze Niemcy w drodze regulacji zniżyły swój przyrost niemal do skali Francji. We Włoszech panujący obecnie przymus płodności jest w ścisłym związku z imperjalizmem Mussoliniego. Dyktator chce mieć nadmiar ludności, niby przegrzany kocioł parowy, potrzebny mu w jego dążeniach do ekspansji. Ale, mimo forsownej akcji w tym duchu, mimo nadawania szlachectwa bohaterowi, który wyprodukuje sześcioro dzieci, przyrost ludności jest słaby. To, że nieograniczona rozrodczość jest na rękę imperjalizmowi, to chyba nie będzie dla nas argumentem. A dzisiejszemu stanowisku Mussoliniego można przeciwstawić własne jego słowa, gdy, w odpowiedzi na ankietę turyńskiego pisma Wychowanie płciowe, oświadczył w r. 1913, że „uznaje regulację urodzeń jako akt rozumu i odpowiedzialności u wszystkich ludzi, którzy roszczą sobie pretensje do miana myślących istot. Uważa ograniczenie urodzeń za święty osobisty i społeczny obowiązek i nie przyznaje sądom żadnych praw w tej kwestji, o ile nie chcemy wrócić do średniowiecza“. Bardzo rozsądnie powiedziane. Brawo, Mussolini. A u nas?... Podczas gdy od dziesiątków lat walczono o te sprawy w starym i nowym świecie, Polska, można powiedzieć, przespała te walki. Ucisk problemów bytu narodowego, bierność i niskie uświadomienie mas, supremacja kleru, — wszystko składało się na to, że nawet echa tych haseł nie bardzo dochodziły do nas. Brzmiałyby zresztą niepopularnie. Byliśmy w fazie ciągłego liczenia się: pocieszano się, że, skoro nas jest tylu a tylu, a przybywa nas jeszcze ciągle, wrogowie „nie strawią nas tak łatwo“. Banoby się, że gdyby nas było mniej, wcisnęłyby się w miejsce tego ubytku obce żywioły etc. Słowem, nie bardzo zastanawiano się nad zagadnieniem populacyjnem, napozór mniej palącem w kraju o przewadze ludności rolniczej a nie robotniczej. Emigranci ciągnęli za morze, na Saksy... Kiedy, w zaraniu naszego nowego bytu, nastręczyło się to zagadnienie, uczeni nasi — ekonomiści, socjologowie — oświadczyli się stanowczo za ograniczeniem płodności, widząc w niej źródło pauperyzacji kraju, materjalnej i duchowej. Ustawy nasze są w tej mierze neutralne, tem samem niema żadnych przeszkód do akcji w duchu świadomego macierzyństwa. Mimo to, brak odwagi mówienia głośno o pewnych sprawach, pruderja obyczajowa, były powodem, że akcji tej nie podejmowano dotąd, podtrzymując bezmyślnie w pojęciach ogółu fetysza płodności. Wyrosła ona, siłą rzeczy, z okazji głośnej dyskusji o karalności przerywania ciąży[2]. Mimo że, w nowym projekcie kodeksu karnego, nasza Komisja kodyfikacyjna, zrozumiawszy wreszcie ile krzywdy i ile niedoli kryło się w dotychczasowych paragrafach, posunęła się bardzo daleko w ich złagodzeniu, nie jest to jeszcze rozwiązaniem kwestji. Jedynie zapobieganie ciąży, tam gdzie ona jest niepożądana i gdzie mogłaby pchnąć do sztucznego jej przerwania, może być radykalnym lekiem na plagę poronień. Powrócimy jeszcze do tego. Dość, że jako konkluzja sprawy o spędzenie płodu wyłoniła się akcja świadomego macierzyństwa. Teraz, kiedy akcja się rozpoczęła, trzeba być przygotowanym, że będzie z różnych stron zwalczana. Pragniemy przeto, na użytek publiczności, która będzie aż do znudzenia karmiona pewnemi argumentami, przedstawić zawczasu nieco kontrargumentów. Przywilej biedaków... Jak wspomniałem, nieograniczona płodność jest smutnym przywilejem biedaków. Jakie katastrofy niesie z sobą, nad tem nie potrzeba się długo rozwodzić. Przedewszystkiem nędzę, i wszystko co się z nią łączy. Z ciemnoty powstaje i ciemnotę pogłębia. Niszczy zdrowie kobiety, łącząc wysiłek ciąży, rodzenia i karmienia z narastającym wciąż wysiłkiem pracy, aby sprostać potrzebom tej wciąż pomnażającej się rodziny. Udaremnia wszelki duchowy rozwój, niszczy radość życia, sprowadza egzystencję człowieka do poziomu bydląt. Popycha nieraz kobiety do rozpaczliwych czynów, do samobójstwa, do dzieciobójstw, z których tylko drobna cząstka dochodzi do wiadomości. Zadaje ciężką krzywdę dzieciom, robiąc z nich niekochanych, zaniedbanych parjasów. Dzieci, w miarę jak przychodzą na świat, kradną tym, które już są w domu, powietrze do oddychania, odejmują kawałek chleba od ust: to niemal walka o byt, w której jedne giną, a te które zostają przy życiu rozwijają się tem nędzniej, im większa jest nędza tej nazbyt licznej rodziny. Osobny rozdział stanowiłyby katastrofy, jakie nieumiejętność zapobieżenia ciąży powoduje u kobiet niezamężnych, oraz los jaki oczekuje ich dzieci, o ile ujrzą światło dzienne... „Kobieta trzydziestoletnia”... Jeden z współtwórców poradni Świadomego macierzyństwa, dr. Rubinraut, tak kreśli obraz męczennic nieograniczonej płodności: ,,Pacjentka, którą badam, jest kobietą z proletarjatu. Wystarczy spojrzeć na jej ciało, aby wiedzieć, że tak jest. „Kobieta — rodzicielka“, „kobieta — dostarczycielka żołnierzy“, „kobieta — spłacająca dług świętym prawom natury“ zeszła z piedestału, na którym postawiła ją przestarzała frazeologja, i przyszła, drżąca ze strachu, do lekarza, aby dowiedzieć się, czy nie grozi jej nowa ciąża. Skóra na jej brzuchu, — to stary zwiotczały pergamin, na którym przeczytać można historję jej nieszczęść. Powłoki brzuszne ścieniały tak, że ręką można przez nie wyczuć kiszki. Narządy rodne wypadają, — przy kaszlu, kichnięciu wydziela się bezwolnie mocz. Potworny ten obraz tak zwanej „zdrowej kobiety“ można uzupełnić, opisując pęknięte, bliznami pokryte krocze, pozostałości po wysiękach i zapaleniach. Na nogach wiją się bolesne sznury żylaków, a piersi są obwisłe i zwiotczałe. Mając przed sobą taką kobietę, najbardziej doświadczony lekarz nie potrafi określić jej wieku. Z przerażeniem dowiaduje się, że ma lat 30 albo 32. Miała sześcioro dzieci, z których żyje dwoje. Przeszła siedem poronień z nieodstępnemi w jej warunkach gorączkami i z ciężkiemi komplikacjami. Gdy przekonałem się, że jest w ciąży, zabrakło mi odwagi, żeby jej to powiedzieć. Przerażenie w jej oczach wybitniej niż słowa, mówi o nowych wydatkach, nowych mękach, nowych chorobach, które ją czekają. Żaden chlebodawca nie podwyższy kobiecie płacy za to, że wydajność jej pracy jest zmniejszona, nikt nie da pracy bezrobotnemu, nie podwyższy pensji robotnikowi, dlatego tylko, że żona jest w ciąży. Umęczona troską wyżywienia rodziny, źle odżywiona, zapracowana, z chwilą zajścia w ciążę, zaczyna z soków własnych utrzymywać głodzącą się już w jej łonie nową istotę“... Nieco statystyki Statystyka, jak wiadomo, to jest dobra dziewczyna, która pozwala z sobą robić co się chce. Jakiemi cyframi operują najczęściej ci, którzy się puszą z naszego „wspaniałego“ przyrostu ludności? Cyframi urodzeń. Tymczasem, nie to stanowi przyrost ludności co się urodzi, ale to co się wychowa i jak się wychowa. Otóż, stwierdzoną jest rzeczą, że, w ślad za wysoką liczbą urodzin, idzie wysoka śmiertelność dzieci. Z nędzy, z opłakanych warunków matki w czasie ciąży i karmienia, z braku powietrza, z braku opieki, ze złego żywienia. Natomiast z ograniczeniem urodzin zmniejsza się śmiertelność; rodzice mają mniej dzieci, ale mogą je wychować. W Holandji, w okresie, w którym liczba urodzin obniżyła się z 37 (na 1000) do 19, śmiertelność spadła z 23 do niespełna 10. W Polsce, na 1000 mieszkańców liczba urodzin wynosi 32,2. Imponujące, co? Ale liczba zgonów wynosi — 20,1. Czyli przyrost ludności — 12,1. Holandja osiąga mało co mniejszą cyfrę przy liczbie urodzin 23,4. A teraz, inne zestawienie. Włochy, gdzie regulacja urodzeń jest zabroniona, mają przyrost bodaj mniejszy niż Holandja, gdzie jest zalecana... Czyli, nadmierny przyrost ludności idzie w znacznej mierze na powiększenie śmiertelności, reszta dopiero na istotne zwiększenie ludności, przy równoczesnem upośledzeniu jej jakości, fizycznie i moralnie. Co to kosztuje? Doniesiono mi z miasteczka w Poznańskiem o takim wypadku. Optant dostał „z łaski miasta“ mieszkanie w chlewie; chlew się spalił wraz z częścią dobytku; chłop ze zgryzoty pochorował się i skończył w szpitalu. Żona jego mieszka gdzieś z łaski na strychu; miała ogółem piętnaścioro dzieci, z czego troje żyje... Oto obrazek... Zapewne, nie każda rodzina mieszka w chlewie i nie każdy chlew się pali; ale cyfra piętnaściorga dzieci, z których uchowa się troje, nie jest czemś wyjątkowem; w takiej czy innej proporcji, ta masowa produkcja dzieci poto aby wychować ich niewielką cząstkę, jest zwykłą rzeczą w chacie chłopa czy w suterenie robotnika. Mimowoli wziąłem ołówek i zacząłem liczyć. Piętnaścioro dzieci na troje żywych. Co to znaczy? To znaczy sto trzydzieści pięć miesięcy ciąży; może drugie tyle karmienia; piętnaście połogów i porodów, trochę chorób przy tej okazji, piętnaście pijaństw na chrzcinach, dwanaście śmierci. Piętnaście taks za chrzciny, dwanaście za pogrzeby; metryki urodzin i zejścia; czy nie miałem kiedyś racji nazwać tego „podatkiem obrotowym“? I to wszystko poto, aby wyprodukować troje dzieci, o ile tych troje się wychowa; bo i to jest bardzo wątpliwe w tych warunkach... A wtedy proporcje jeszcze odpowiednio się zmienią. Djabelnie droga produkcja. Fabryka, któraby produkowała tym kosztem, musiałaby zbankrutować. A teraz, weźmy tę samą rodzinę wzrosłą w zasadach regulacji urodzeń, świadomego macierzyństwa. Miałaby, dajmy na to, tych samych troje dzieci, ale te dzieci wychowałyby się zdrowo; cały zaś zaoszczędzony podatek obrotowy poszedłby na zaspokojenie ludzkich potrzeb życia. Straciłaby jedynie — statystyka, w której ta rodzina nędzarzy zajmuje wspaniałe miejsce piętnastu urodzeń... Co w tem tonie? I oto położyliśmy palec na bolączce naszego całego życia. Rzecz jasna, że w tych ciążach, porodach i pogrzebach — no, i poronieniach! — że w tej otchłani musi utonąć wszystko, co jest ponad prymitywną obronę od głodu; że w niej tonie i elementarz dla dzieci, i użytek mydła, i oświata, i miłość, i wdzięk życia, i większość ludzkich uczuć i potrzeb duchowych. Bo i tam, gdzie nie chodzi o ostatni szczebel nędzy, w skromnej naprzykład rodzinie urzędniczej, i tam chroniczna ciąża musi pochłonąć wszystko co się wiąże z jakiemiś umysłowemi zainteresowaniami. W miarę jak rosną trudności egzystencji, odpada stopniowo i książka, i teatr, i podróż, i odpoczynek, zostaje tylko poród z przyległościami. Horyzont zacieśnia się, zaciemnia. Pauperyzacji materjalnej towarzyszy duchowa. A ciągły strach przed nową ciążą zmienia się w obsesję, w psychozę. Lęk przed ciążą Tylko ten, kto miał sposobność czytać poufne listy kobiet, może mieć pojęcie, czem jest dla kobiety — czem jest dla rodziny — nieustający lęk przed ciążą, przed jej katastrofą. Powyżej pewnej ilości dzieci, mało która kobieta zresztą godzi się z faktem ciąży; wie, że musi ją przerwać. Zaczyna się upokarzająca wędrówka po lekarzach, po klinikach, żebranie o świadectwa lekarskie, które najczęściej — dla biednych! — nie wystarczają; drwinki, dowcipy i nauki moralne lekarzy, którzy odmawiają jej pomocy. Wreszcie, biedna kobieta idzie do akuszerki, która ją bodaj rozumie i która ją uwolni od ciąży; ale zedrze z niej skórę i wpędzi zwykle w chorobę wymagającą interwencji lekarza. Tak czy owak, ruina zdrowia, ruina dla domu. To widmo ciąży jest czemś tak gnębiącem, że niszczy wszelką radość życia, paraliżuje stosunki małżeńskie, miłość czyni klęską; często męża kochającego żonę wypędza — za jej zgodą — do prostytutek. Kiełkujące życie, które powinno być radością, staje się złośliwym nowotworem, który się jak nowotwór operuje. Kiedy pisałem Piekło kobiet, dostawałem sporo takich listów, które sprawiły na mnie niezatarte wrażenie. Jeden czy dwa ogłosiłem nawet. Niestrudzona działaczka świadomego macierzyństwa, Margareta Sanger, dostała takich listów setki tysięcy; ogłosiła z nich 5000: warto, aby je przeczytali ci, którzy zwalczają świadome macierzyństwo w imię dobra rodziny! Oto np. kobieta trzydziestopięcioletnia — ośmioro dzieci, trzy poronienia, o szóstej rano wydoiła sześć krów, o dziewiątej urodziła dziecko; najmłodsze ma dziewięć miesięcy: drży na myśl, że mogłaby jeszcze jedno urodzić. „Gdybym mogła — pisze ta wspaniała amerykańska działaczka, Margareta Sanger — weszłabym na dach, aby krzyczeć kobietom, co mają robić“! Podkopywanie rodziny... Jedną z największych niedorzeczności jakie w tej kwestji powiedziano — a mówi się ich dużo — jest to, że regulacja urodzeń grozi jakoby rodzinie. Bo — wręcz przeciwnie — jeżeli co możnaby powiedzieć o świadomem macierzyństwie, to że ono ratuje rodzinę. Weźmy dwa przykłady, dwa domy. W jednym, w ciasnem mieszkaniu, wynędzniała kobieta, zaniedbana, bez wdzięku, mimo młodych lat przedwcześnie postarzała. U jej kolan kilkoro drobnych dzieci, przy piersi dziecko, a już jest w ciąży. Dom pełen wrzasku, brudu, smrodu, jest istnem piekłem; kobieta w niewoli swej macicy straciła zainteresowanie do czegokolwiek w życiu. Mąż ucieka od tego piekła do szynku; czasem, wróciwszy pijany, kopie żonę w brzuch, aby ubić nienawistną ciążę. Wreszcie, przy jeszcze jednem dziecku, kobieta „psuje się“, choruje często ginie na zakażenie krwi, zostawiając ten drobiazg na łasce losu. Przeciwstawmy temu domowi kobietę zdrową, schludną, wesołą, która ma dziecko jedynie co pewien okres czasu, konieczny dla wypoczynku organizmu i dla uczynienia zadość potrzebom materjalnym. Najczęściej wychowa dzieci tyle co i tamta, ale zdrowych; może je wychować starannie, może dać nawet pewien wykwint swemu domowi i swojej osobie, może walczyć skutecznie o przywiązanie męża. Ale nietylko to. Dopóki założenie rodziny było nieuchronnie związane z natychmiastowem potomstwem, rzecz prosta, że ludzie — w sferach mieszczańskiej „inteligencji“ zwłaszcza — byli w tem niezmiernie ostrożni, nie łatwo się żenili. Stąd mężczyzna w najlepszych latach zdany był na prostytucję, nad panną wisiała zmora staropanieństwa. Kombinacje materjalne grały daleko większą rolę niż uczucie, zły dobór umniejszał widoki szczęścia. Nie było odwagi w kojarzeniu się na życie. Dziś, w miarę jak rozpowszechnia się dobrodziejstwo świadomego macierzyństwa, czasowa ochrona od ciąży, młodzi żenią się o wiele łatwiej; pierwsze lata, kiedy wystarczają sami sobie i kiedy są na dorobku, spędzają bezdzietnie, aby później tem bardziej cieszyć się przybytkiem dzieci. Dziecko nie jest katastrofą, ale radośnie witanym przybyszem. Można powiedzieć, że — wręcz przeciwnie temu co się klepie — regulacja urodzeń jest cementem szczęśliwej rodziny. „Przeciw naturze”... Jednym z argumentów, jakie się wytacza przeciw regulacji urodzeń, ma być, że ona jest „przeciw naturze“. Takie argumenty spotyka się w ustach kleru, który w tem jednem stał się zapamiętałym obrońcą natury! Ale wyrywają się z niemi nawet i lekarze: jeden taki mądrala w warszawskiem tow. ginekologicznem potępił w każdym wypadku (!) zapobieganie ciąży jako przeciwne naturze. Zaledwie trzeba wykazywać, jak dziecinne jest to rozumowanie. Toż, gdyby tak brać, cały nasz sposób życia jest „przeciw naturze“; odzież, gotowanie potraw, szczoteczka do zębów... W naturze byłoby mieszkanie w dziupli czy w jaskini. Praca w fabrykach też nie jest w naturze. Niepodobna jest na wszystkich punktach odbiec od natury, a naraz wybrać sobie jeden i nawoływać do „natury“. Ale nie w tem największa naiwność. Czy ci apostołowie przykazań natury wierzą, że wszyscy ci, którzy nie stosują skutecznych środków zapobiegawczych, żyją w tem wedle natury? Spytajcie lekarzy, co za sposobów, co za kombinacji chwytają się ludzie, aby się ustrzec ciąży; jak przedstawia się w tej mierze pożycie mnóstwa małżeństw czy nie małżeństw? Te praktyki, to są prawdziwe wynaturzenia, rujnujące system nerwowy, często poniżające kobietę. Uświadomienie co do naukowych środków zapobiegania ciąży jest — wręcz przeciwnie — przywróceniem naturalnego obcowania. Co potrafi natura!... Czytałem opis takiego wypadku. Zgłosiła się do lekarza kobieta lat około czterdziestu, z prośbą czyby jej czegoś nie mógł zalecić, iżby nie zachodziła w ciążę. Okazało się, że ta kobieta ostatni raz miała perjod w siedemnastym roku życia, przed zamążpójściem: od tego czasu, dwadzieścia razy rodziła i roniła bez przerwy... Oto co potrafi natura, co jest wedle natury. Na wsi, czy w sferze robotniczej, takie wypadki są aż nazbyt częste. Zostawiona naturze, mniej więcej każda kobieta takby wyglądała, o ile choroby nie uczyniłyby jej wcześniej bezpłodną. Że się tak nie dzieje, to jedynie dlatego, że „jakoś sobie radzą“... I widzimy, jakim absurdem byłoby zostawiać rzeczy wedle natury, i jak obłudni są ci, którzy, mając po jednem czy dwojgu dzieci, zalecają biedakom, aby żyli wedle natury. A owego lekarza, obrońcę natury, o którym mówiłem wyżej, chciałbym zapytać, ile sam ma dzieci. Bo w Niemczech przeprowadzono tę złośliwą statystykę: na jednego lekarza przypada około półtora dziecka... Autorytet Onana A teraz curiosum: na czem opiera się bajka, że zapobieganie ciąży sprzeczne jest z moralnością chrześcijańską? Na kilkunastu wierszach Starego Testamentu, zawierających historję Onana. Czytamy w księdze Genesis (XXXVIII, 6—10) tyle: „A Judas dał żonę pierworodnemu swemu Her, imieniem Thamar. A Her był pierworodny Judy, złośliwy przed oblicznością pańską, i od Niego zabity jest. Rzekł tedy Judas do Onana, syna swego: Wnidź do żony brata swego, a łącz się z nią, abyś wzbudził nasienie bratu swemu. On, widząc że się nie jemu synowie urodzić mieli, gdy wchodził do żony brata swego, wypuszczał nasienie na ziemię, aby się dzieci imieniem brata nie rodziły. I z tej przyczyny zabił go Pan, że rzecz brzydliwą czynił“. Jasne jest, że w całej tej historji, zaczerpniętej z odległych dziejów i z zupełnie innych pojęć, chodziło zgoła o co innego; o to, że Onan nie chciał kontynuować pokolenia swego brata, co, wedle owych biblijnych pojęć, było jego obowiązkiem. Niema to nic wspólnego ze sprawą zapobiegania ciąży i regulacji urodzeń. To też pomiędzy teologami protestanckimi zawsze były co do tego punktu spory, a obecnie historja Onana nie przeszkodziła biskupom anglikańskim pogodzić się z regulacją urodzeń. Oto jedyny punkt, na którym się opiera teologja. Jak widzimy, nie jest bardzo mocny... „Etyka chrześcijańska” Mimo to, wciąż wysuwa się przeciw świadomemu macierzyństwu argument, że jest ono jakoby sprzeczne idei chrześcijańskiej. Faktem jest, że ruch ten przez długi czas był zgodnie zwalczany przez kler wszystkich obrządków. Ale w ostatnich czasach zmienia się to zasadniczo. W r. 1930, powszechny zjazd biskupów anglikańskich w Londynie orzekł, iż „tam, gdzie zajście w ciążę będzie z jakiegokolwiek powodu szkodliwe, tam nie należy potępiać użycia naukowych środków, stosowanych rozumnie i wedle wymagań higjeny“. Arcybiskup ormiańsko-wschodniego obrządku dr. Schmucker również stwierdził, że nie widzi w tej idei nic sprzecznego z zasadami chrystjanizmu. Jeżeli tedy o czem można mówić, to jedynie o negatywnym stosunku kleru, ale nie o etyce chrześcijańskiej. Niewątpliwie, wślad za kościołem reformowanym, i kler katolicki zmieni swoje nieprzejednane stanowisko, którego surowość zwraca się zresztą jedynie przeciw najbiedniejszym, czyli tym którzy najbardziej ograniczenia potomstwa potrzebują. Wojna, wydana świadomemu macierzyństwu, jest zgóry skazana na przegraną. Bajdy „populacyjne” Wytacza się przeciw regulacji urodzeń argumenty t. zw. populacyjne. I zabawne jest, że, podczas gdy nasi uczeni — ekonomiści, socjologowie — dzwonią na alarm i są bezwzględnymi zwolennikami ograniczenia dzikiego przyrostu, lada ignorant wyciera sobie buzię hasłami populacyjnemi, krzyczy że Polska potrzebuje ludzi i jak najwięcej ludzi. Aby bronić rubieży... oprzeć się nawale... nie dać piędzi... etc. Ale to jest zła droga. Tym sposobem żadnej rubieży ani żadnej piędzi nie obronimy. Wskazałem już, że liczba urodzin nie dowodzi jeszcze niczego, bo wślad za nią idzie wzmożona śmiertelność dzieci, a co więcej idzie nędza, zdziczenie, choroby i zbrodnie. Ale gdyby nawet. Istotnie, przyrost ludności jest w Polsce ogromny, największy bodaj w Europie. Co rok przybywa blisko pół miljona żywych istot. Czy to jest taka korzyść? Mamy nadmiar ludności, ale nie mamy co z nią począć; odchowawszy — z trudem i kosztem — ośmnastoletniego dryblasa, wypychaliśmy go gdzieś za morze, aby się tam ekspatrjował. Płodziliśmy na eksport, aby dostarczać niewolników. A odkąd drogi emigracji się zamknęły, płodzimy chyba po to, aby zwiększyć bezrobocie, aby zaludnić więzienia. Powie ktoś, że bezrobocie nie jest wieczne. Można odpowiedzieć, że pojęcie regulacji — jak sama nazwa wskazuje — też jest względne; że, w miarę istotnego zapotrzebowania ludności, z pewnością naturalny pęd rozrodczy weźmie górę. Pod tym względem, godna uwagi jest polityka Anglji. Ten kraj, który z małej wyspy chce panować nad połową świata, musi chyba się rozumieć na polityce populacyjnej. Tymczasem Anglja, w której, wskutek birth-control, w niedługim czasie liczba urodzeń spadła z 55 do 17 na 1000, jeszcze uważa, że spadła nie dosyć, i nawołuje do ograniczenia płodności, uświadamia i zakłada poradnie. Rozumie, że nie ilość jest siłą, ale jakość. Regulacja urodzeń podniosła poziom robotnika w Anglji. Przyrost... ale nędzy i zbrodni Tutaj dam tylko jedną cyfrę statystyczną, ale wymowną. W całej Szwecji jest rocznie 600 spraw karnych; w samej Warszawie jest ich rocznie — W Skandynawji regulacja urodzeń weszła w krew; u nas w klasach niższych nie istnieje prawie zupełnie. Uczeni nasi widzą w tym dzikim przyroście ludności przyczynę owej przerażającej statystyki zbrodni. Te dzieci nieślubne, dzieci niepożądane, niekochane, głodne, wałęsające się, chowające się w rynsztoku bez opieki, — bo matka już wydaje na świat nowe — to jest materjał przestępców i zbrodniarzy. To są żywioły ziejące nienawiścią do społeczeństwa, które im było macochą, podatne dla każdego podszeptu zbrodni. To też ten przyrost ludności, którym się tak chlubimy, w znacznej części zapełnia nasze więzienia. Dodajmy do tego losy wielu matek, które zostały matkami bez swej woli: dzieciobójstwa, spędzenie płodu; ojców, których beznadziejność własnego domu wtrąca w pijaństwo; dodajmy kwitnący przemysł poroniarek, fabrykantek aniołków, a będziemy mieli obraz tego, co nam przynosi „błogosławieństwo“ nieograniczonej płodności. Świadome macierzyństwo a poronienia Dotknęliśmy tu ważnego punktu: sprawy poronień. W nieuczciwych atakach, jakie od samego początku skierowano na nową poradnię i na ideę świadomego macierzyństwa, uderza jedno: atakujący celowo mieszają zapobieganie ciąży a przerywanie ciąży, spędzanie płodu. Operują bałamutnie argumentami statystycznemi, zdrowotnemi, moralnemi, przechodząc nieznacznie z jednej rzeczy na drugą, wprowadzając tem w błąd nie dość zorjentowaną publiczność. Tymczasem, te dwie rzeczy nietylko nie mają z sobą nic wspólnego, ale jedna jest wymierzona przeciw drugiej. Zapobieganie ciąży jest najdzielniejszym sposobem zwalczania klęski poronień, wobec której kodeks uznał swoją bezsilność. Biedna służąca, która znajdzie się na bruku; niezamężna nauczycielka, którą ciąża pozbawiłaby posady; bezrobotna lub obarczona już kilkorgiem dzieci matka, — to niechybny żer dla poroniarek, z ryzykiem życia i zdrowia. W Niemczech obliczają ilość spędzeń płodu na miljon rocznie; czterdzieści tysięcy zdrowych kobiet ginie co rok na zakażenie krwi z tego powodu. U nas — gdyby istniała statystyka w tej mierze — z pewnością przedstawiałaby się nie lepiej. Jedynie wczesne uświadomienie jak zapobiec ciąży, może tu być skuteczną pomocą. W miarę jak się rozwiną poradnie świadomego macierzyństwa, spędzanie płodu zniknie. Błogosławieństwo... Dziwne może się wydać, że motywy tak jasne i logiczne — i które każdy uznaje gdy chodzi o niego lub o jego bliskich — napotykają na tępy sprzeciw, gdy chodzi o uogólnienie ich, o wyciągnięcie z nich konsekwencyj społecznych. Jedną z głównych zapór jest tu poprostu — zabobon. Zabobon płodności. I trudno się dziwić, że działa, skoro zabobon ten jest jednym z najstarszych, najbardziej zakorzenionych. Uświęcony w samem słownictwie wyrażeniami: błogosławieństwo boże, stan błogosławiony, sięga on najodleglejszych epok. Ale dość łatwo jest zanalizować podstawy tego zabobonu i wykazać jego nierealność wobec dzisiejszej rzeczywistości. Niegdyś, ta nieograniczona płodność była istotnie potrzebą. Wojny, choroby, zarazy, wszelkiego rodzaju katastrofy, kosiły ludność; trzeba było wciąż masy dzieci, aby zapełniać te luki. I same dzieci marły jak muchy, trzeba było płodzić je na wyrost. Obecnie, stosunki te znacznie się zmieniły. Przeciętna wieku ludzkiego podniosła się znacznie. Dzieci, jeżeli mrą jeszcze masowo, to właśnie tam, gdzie ich nadmiar pozbawi je warunków do życia. Dawniej było więcej miejsca, mniej ludzi, stosunki prostsze, sprawa mieszkania i wychowania nie istniała prawie, praca rąk była wszystkiem, ilość tych rąk majątkiem. Liczna rodzina była siłą; liczni synowie byli dla ojca rękojmią poważanej i spokojnej starości. Inne wreszcie było stanowisko kobiety. Była ona tylko rodzicielką, gospodynią, niewolnicą. Wszystkie te warunki zmieniły się z gruntu. O ile na wsi stosunki poniekąd zbliżone są do dawnego patrjarchalizmu (chociaż i o tem dużoby można powiedzieć) o tyle w mieście już są zupełnie odmienne. Dzieci trzeba odziać, oprać, wychować; mieszkanie ciasne nie rozszerza się z przybytkiem nowego dziecka; żywność trzeba kupić, buty także. Rodzina, która może żyć po ludzku przy trojgu dzieci, zmieni się w piekło przy sześciorgu. Matka pracuje często poza domem, w fabryce. Inne wreszcie jest dziś pojęcie kobiety. Nadmiar dzieci w złych warunkach życia jest jej ruiną, jej przedwczesną starością, grobem... Błogosławieństwo staje się najczęściej przekleństwem... Powiedzonka i przysłowia Mimo to zabobon trwa. Odnaleźć go można na dnie wielu rozumowań. Powtarza się bezmyślnie, że „trzeba nam ludzi“, gdy oddawna emigracja zaledwie zdoła nam odciągać nadmiar tych dla których niema miejsca. Mówi się, że „trzeba nam rąk do pracy“, w chwili gdy bezrobocie rośnie i staje się nietylko u nas ale w całym świecie największą klęską. Stosuje się pojęcia z epoki sochy i krzemienia do dzisiejszego świata maszyn, gdy każdy nowy wynalazek wypiera z warsztatów pewną ilość ludzi i pozbawia ich zajęcia. Powtarza się stare przysłowie, że „kiedy Bóg da dzieci, da i na dzieci“... To przysłowie, zrodzone w szlacheckich dworach, gdzie każdy miał jakąś sperandę po ciotce, aplikuje się bezdomnej matce, która rozbija dziecku głowę o kamień, a sama idzie do Wisły. Dość jest zrozumiałe wreszcie, że dawniej ludzie, nie umiejąc i nie mając sposobu ustrzec się ciąży, starali się w niej jakiemiś sposobami pocieszyć; ale dziś, tamować frazesami rozpowszechnienie tej zdobyczy nauki — jednej z najdonioślejszych — jest szaleństwem i zbrodnią. Idee a interesy Nie będzie chyba niczem szczególnem, gdy powiem, że, w ustosunkowaniu się do wszelkiej nowej rzeczy, odgrywają rolę i interesy. Interesy ludzi i stanów. Często, nawet bez świadomości człowieka, interes przebiera się w szaty ideowe i nastraja kogoś sympatycznie lub niesympatycznie do jakiejś sprawy. Nie chcę posądzać o te zbyt ziemskie względy naszego kleru, mimo iż nie da się zaprzeczyć, że ograniczenie urodzeń nieuchronnie stanowiłoby znaczny uszczerbek w jego dochodach. Chrzest i pogrzeb, metryka urodzin i metryka zejścia tych setek tysięcy dzieci, które się rodzą poto tylko aby rychło rozstać się ze światem, to w sumie olbrzymia pozycja tego, co pozwoliłem sobie nazwać podatkiem obrotowym. Ale ten wzgląd nie powinien chyba odgrywać roli... Zacięte więc uprzedzenie do regulacji urodzeń można chyba przypisać nienawiści do wszystkiego co wiąże się ze sprawami płci, do wszystkiego co może wyzwolić człowieka i rozjaśnić mroki w których żyją masy. Faktem jest, że o wiele pobłażliwiej odnosi się kler do poronień, niż do świadomego macierzyństwa. Stanowisko to podlega zresztą lokalnym wahaniom. Stwierdzono np., że w Bawarji księża popierają regulację urodzeń, ponieważ się przekonali, że wieśniak dostatni, o nielicznej rodzinie, jest konserwatystą, zaś chłop sproletaryzowany przez zbyt liczną rodzinę staje się elementem wywrotowym. „Kolega kopie sobie grób”... Bardzo ważną jest tu rola lekarzy. Oni mogą uświadomić swoje pacjentki, mogą je pouczać, mogą propagować środki ochronne przeciw ciąży. W ich ręku jest bardzo wiele. Otóż, z przykrością trzeba powiedzieć, że stanowisko lekarzy bywa w tej sprawie nader dwuznaczne. Ze wszystkich stron słychać skargi, że lekarze wzbraniają się uświadamiać kobiet, nawet tam, gdzie faktem jest, iż ze stanowiska lekarskiego ciąża może być szkodliwa a nawet zabójcza. Zbywają dowcipkami, dają rady w rodzaju „nie żyć z mężem“, albo mówią ogólnikowo „wystrzegać się ciąży“; ale jak? — tego wskazać poprostu nie chcą. Przeciwnie, bałamucą kobiety, że „dobrych środków zapobiegawczych niema“, etc. Tutaj trudno powstrzymać się od myśli, że nie same „ideowe“ względy odgrywają rolę. Zapewne, ten i ów z lekarzy działa w dobrej wierze pod wpływem bałamutnych haseł społecznych i narodowych; ale wiadomo, frazesy najłatwiej się plenią tam, gdzie pokrywają się z interesem. Otóż, ciasno pojęty interes stanu lekarskiego leży w tem, aby dzieci lęgło się jak najwięcej. Ten żyje z porodów, ów ze skrobanek, inny z chorób dzieci. Lekarze się z tem nawet niezbyt tają. Lekarzowi-społecznikowi, który się oddał idei świadomego macierzyństwa, koledzy jego mówili wręcz: „Kolega kopie sobie grób“; oczywiście grobem nazywali uszczuplenie dochodów. Nie żądając od lekarzy anielstwa, trudno wszakże nie przestrzec ogółu, że, jak dotychczas, nie zawsze może się spodziewać u lekarzy rzeczowej informacji i pomocy. Znamienne jest porównanie stosunków w dwóch krajach. W Niemczech pionierzy regulacji skarżą się, że lekarze nietylko wzdragają się współdziałać, ale utrudniają im pracę. W Anglji natomiast, na kongresie, który się odbył w r. 1922 w Londynie, przy udziale najwybitniejszych uczonych i pisarzy i gdzie uchwalono m. in., że pouczenie o zapobieganiu ciąży powinno być obowiązkiem lekarza, równocześnie przyjęto uchwały lekarzy angielskich, z których 161 na 164 zebranych uznało regulację urodzeń za najpilniejsze zadanie społeczne. I niemieccy tedy lekarze i angielscy powołują się na hasła patrjotyczne i społeczne, aby dojść do zupełnie przeciwnej konkluzji; otóż, konkluzja lekarzy angielskich bodaj tem budzi większe zaufanie, że jest — bezinteresowniejsza... Chociaż, nawet biorąc z punktu interesu lekarzy, czy ta niechęć do ograniczenia potomstwa nie jest krótkowidztwem? Podniesienie stopy zamożności szerokich mas byłoby dla lekarzy z pewnością z większą korzyścią niż dziki przyrost ludności u nędzarzy... Interesy, interesiki... A inne zawody? Nie będzie oczywiście popierała świadomego macierzyństwa akuszerka, która żyje z porodów, o ile nie z poronień. Będzie mu przeciwny ambitny burmistrz w miasteczku, który pragnie, aby cyfra mieszkańców rosła możliwie najszybciej; i niedouczony nauczyciel, który coś zasłyszał o polityce populacyjnej, a który zresztą boi się proboszcza; i paniusia-dewotka, która sama umie sobie radzić, ale która okrzykuje się ze zgrozą, gdy słyszy o tych masońskich wymysłach. Aptekarz waha się: na ruchu ludności można zarobić, ale na środkach zapobiegawczych także; najlepiej mu się dzieje, gdy połączy obie te rzeczy, sprzedając środki zapobiegawcze, które nie skutkują... Fabrykanci kołysek, smoczków, mączki Nestle’a i trumien z pewnością nie będą za regulacją urodzeń. Prawica i lewica Jeszcze jedna okoliczność na zilustrowanie trudności, o jakie potyka się zdrowy rozum mający na celu dobro ludzi. Dość naturalne jest, że t. zw. prawica ma mnóstwo zabobonów w tej mierze, mimo że widzimy że tak prawicowa instytucja jak izba lordów umiała się z nich wyzwolić. Militarysta potrzebuje żołnierzy; kapitał potrzebuje tanich robotników, „narodowiec“ potrzebuje imponującego swą liczbą mocarstwa, etc. Znamy to. Ale spójrzmy na lewicę. I tu — o dziwo — koso patrzą na regulację urodzeń. Komunista jest jej niechętny, ponieważ zmniejsza ona prężność niezadowolenia; w czem wierny jest swojej zasadzie, że im gorzej tem lepiej. U nas, kiedy wszczęła się akcja świadomego macierzyństwa, sympatycy komunizmu zdecydowali się wszakże wypuścić również broszurkę uświadamiającą, ale z osobliwem rozróżnieniem regulacji urodzeń burżuazyjnej oraz regulacji urodzeń prawowiernie komunistycznej. Pierwsza jest zła, bo ma na celu zmniejszyć nędzę i uśpić ducha walki klasowej; druga jest dobra, bo ma na celu usprawnić robotnika w walce klasowej. Czyli to samo pessarium jest raz złe a raz dobre, zależnie od przynależności partyjnej tego kto je podaje. Ale i socjalizm zajmuje tu dość niewyraźne stanowisko. Pionierzy świadomego macierzyństwa w Niemczech powiedzieli to wręcz menerom socjalizmu, stwierdzając, że ci, jako „wodzowie proletarjatu“ nie bardzoby chcieli, aby ten proletarjat... przestał być proletarjatem. Wiadomo: wodzowie potrzebują żołnierzy. Spauperyzowana rodzina z ośmiorgiem dzieci należy do nich, czyta ich gazety; natomiast dwoje czy troje dzieci, którym ojciec-robotnik będzie mógł dać staranne wychowanie, wyrośnie może na „burżujów“... Tak więc, widzimy, ile zabobonów, ile interesów, — nie licząc złączonej z nędzą ciemnoty i apatji — spikło się na to, aby światło nie łatwo się przedostało do mas. Eugenika Eugenika oddawna interesuje się kwestją świadomego macierzyństwa. Istniejąca u nas poradnia eugeniczna obejmuje i ten dział, ale robi to tak nieśmiało i trwożliwie, że nikt nawet nie wie o jej istnieniu. Lekarze eugenicy trzymają się w tej sprawie wskazań ściśle eugenicznych: otwarta gruźlica, epilepsja, choroby umysłowe, etc. Ale czyż te rzeczy da się odgraniczyć od kwestji społecznej? Czyż nędza sama przez się nie jest najcięższą chorobą? Co się tu łudzić: jeżeli lekarz-eugenik odmówi porady żonie bezrobotnego albo niezamężnej nauczycielce, czy myśli — choćby eugenicznie była bez zarzutu — że ona, skoro wbrew swej woli zajdzie w ciążę, urodzi dziecko? Nie; pójdzie do akuszerki i zginie może na zakażenie krwi; ot, wasza eugenika! Ta sama kobieta, uświadomiona w porę, chroniłaby się dziecka póki okoliczności jej na nie nie pozwalają; później zaś, przy sprzyjających warunkach, mogłaby najszczęśliwiej zostać matką; zdaje mi się, że to jest lepiej pojęta eugenika. Ale z pp. eugenikami trudno się na tym punkcie dogadać; kiwają głowami, przyparci do muru przyznają rację, ale zaraz potem zaczną gadać o „potrzebie licznej Polski“, ba, nawet o „żółtem niebezpieczeństwie“ (znałem takiego!!) — słowem, cała katarynka. Dlatego ich poradnia, choć niby jest, ale jest tak jakby jej nie było. I dlatego trzeba było stworzyć nową, zupełnie niezależną... Ile pan ma dzieci? Gdy chodzi o publicystykę i o prasę, mogę powtórzyć tylko to, co mówiłem na zbiorowym wieczorze dyskusyjnym poświęconym tej kwestji: „Możemy być pewni, że akcja nasza napotka przeciwników, że spotka się z wszelkiemi formami obłudy, złej wiary, zabobonu. I nawet łatwo zgadnąć, kto będą ci przeciwnicy. Ci co zawsze: nasi feljetonowi kaznodzieje. Znam ich wszystkich dobrze i wiem zgóry co będą pisali. I radzę jedną rzecz. Aby każdego (świeckiego oczywiście człowieka), który będzie rzucał wielkie słowa o potrzebie hiper-płodnej Polski, zapytać skromnie: „Przepraszam, ile pan ma dzieci?“ Bo, o ile znam tych moich kolegów-publicystów, to gdyby ich wziąć jaki tuzin, z trudem doliczyłoby się u wszystkich razem pięciorga dzieci. Ten sam dziennikarz, który osobiście robi co może aby ograniczyć przyrost swej progenitury, będzie plótł duby smalone o „mocarstwowem stanowisku“ i o potrzebie maksimum urodzeń i będzie zwycięsko potrząsał... nie powiem czem, w odpowiedzi Trewiranusowi. I dlatego, kończąc tych kilka słów, stawiam formalny wniosek, aby, w przewidywaniu akcji jaką wytoczą przeciwko nam, ustalić zawczasu statystykę rozrodczości naszych publicystów...“ Ten argument ad hominem odniósł pewien skutek... negatywny. I radzę to pytanie: „ile pan (pani) ma dzieci?“ aplikować w każdej dyskusji na ten temat. Problem międzynarodowy Jedną z przeszkód szerzenia się ruchu „regulacyjnego“ jest, między innemi, nacjonalizm, wyzyskujący straszenie się i grożenie sobie wzajem; militaryzm głoszący że krajowi potrzeba obrońców etc. Co się tyczy militaryzmu, hasła te są dość przestarzałe. Owo pruskie „der Kaiser braucht Soldaten“, głośne powiedzenie Napoleona że ma „trzysta tysięcy ludzi rocznego dochodu“, niewiele miałyby zastosowania w przyszłej wojnie, w której rozstrzygać będą wynalazki, gazy, bomby trujące czy palące całe miasta. Ale wogóle poco tu myśleć kategorjami wojennemi, kiedy właśnie celem regulacji urodzeń jest usunąć jedną z najważniejszych przyczyn wojny, przeludnienie, ciasnotę, brak rynków zbytu. Obecnie wszystkie narody uginają się pod klęską bezrobotnych, nędzy robotniczej. Czas wielki, aby uczynić regulację urodzeń zagadnieniem międzynarodowem; przestać się straszyć wzajem płodnością, często iluzoryczną. Istnieje Liga międzynarodowa regulacji urodzeń z centralą w Londynie. Dotąd były reprezentowane wszystkie kraje, brakło tylko Polski; otworzenie pierwszej naszej poradni oraz przystąpienie do Ligi zostało tam radośnie powitane. Związki takie, gdyby kobiety przystępowały do nich masowo, stałyby się potęgą, mogłyby zaważyć na szali. Ta — jak ją nazwałem — demobilizacja macic, — to rozbrojenie miałoby znaczenie nie mniejsze od tego, o które nadaremnie zabiega Liga Narodów. A gdzie są kobiety? Wyszczególniłem elementy, które będą się akcji świadomego macierzyństwa sprzeciwiały, albo które zajmą wobec niej stanowisko nieszczere. Nasuwa się pytanie kto ją poprze, kogo powinna ta akcja mieć bezwzględnie za sobą? Odpowiedź bardzo prosta: — kobiety. Kobiety, które znają wszystkie piekła strachu przed ciążą, poronień, bezwolnego macierzyństwa; z których każda, mniej lub więcej, otarła się osobiście o ten problem; te nie dadzą się zaspokoić nawet najpiękniej brzmiącemi frazesami. Ale i tu może spotkać zawód. Kobiety — zwłaszcza u nas — są w sprawach płci krępowane fałszywym wstydem, boją się. Tak jak dotąd pozwalały aby je wleczono przed sądy, aby je skazywano, nie protestując przeciw morderczym i bezmyślnym paragrafom, tak samo i tutaj zachowują dziwną neutralność. Nawyk obłudy, milczenia o swoich najistotniejszych sprawach, brak solidarności kobiecej. Czytajmy pisma specjalnie kobiece w chwili gdy toczy się walka o poradnie świadomego macierzyństwa: o czem piszą? O smażeniu konfitur, o „rosole z suma“, o robotach szydełkowych, o wszystkiem wreszcie, tylko nie o tem. Ani słowa! Ta abstynencja pism kobiecych — zachowawczych i postępowych, bez różnicy — to prawdziwa osobliwość. Paniusie, które wydają te pisma, umieją sobie widocznie radzić, bo nie widać jakoś ich licznego potomstwa; co im tam biedne kobiety, które giną tysiącami lub wegetują w nędzy, paniusie nie chcą się narażać, wolą siedzieć cicho. Jedyne pismo kobiece, które najwcześniej i śmiało odezwało się w tej sprawie, to żydowski tygodnik Ewa. Bo Żydzi interesują się świadomem macierzyństwem bardzo, a sam Talmud nie jest w tej sprawie wcale tak nieprzejednany jak się przypuszcza. Faktem jest, że broszurę o środkach zapobiegawczych, wydaną przez pierwszą poradnię, przetłumaczono w lot na język żydowski. I następna poradnia, która powstanie po tej pierwszej, będzie prawdopodobnie w dzielnicy żydowskiej. Środki Nie jest mojem zadaniem omawiać tutaj sposoby zapobiegania ciąży. Czyni to fachowo wydana przez poradnię broszura[3]. Chcę dotknąć tylko tej kwestji ogólnie. Przeciwnicy świadomego macierzyństwa powiadają: „niema środków pewnych“. Przypuśćmy. Więc cóż stąd? Dopóki niema pewnych, cenne są i te, które zmniejszają szansę. Ale w istocie sprawa ma się inaczej. Niema pewnych, dlatego że stosuje się je bez znajomości rzeczy. Nie każdej kobiecie nadaje się ten sam środek; zależy to od właściwości anatomicznych, od lokalnego stanu zdrowia, od dokładności użycia. Są środki, które zakłada raz na miesiąc lekarz. Są inne, które zakłada się nawet na dłużej. Inne, które musi lekarz po zbadaniu pacjentki dobrać i pouczyć ją dobrze o sposobie użycia, zapoznać ją z podstawowemi wiadomościami anatomji kobiecej. Bo jedynie środki używane przez kobietę są na dłuższą metę celowe; te, których używa mężczyzna, działają zczasem destrukcyjnie na życie fizyczne i psychiczne obojga partnerów. Jako zarzut wysuwa się często, że używanie środków zapobiegawczych depoetyzuje miłość i stosunki płciowe. (Strasznie się zrobili naraz poetyczni!) Jeżeli tak jest, to chyba tylko przy panującej obłudzie i fałszywej wstydliwości, fałszywym romantyzmie w traktowaniu spraw płciowych. To pewna, że stokroć więcej depoetyzuje pożycie ciągły strach przed ciążą, wzajemne w tej mierze wymówki i pretensje, — dochodzące aż do nienawiści — a także niezdarne używanie środków bez ich rozeznania. Dobry i dobrze użyty środek zapobiegawczy stanowi — można powiedzieć — nieodłączny przedmiot tualetowy kobiety, coś o czem poprostu się nie myśli. Są kobiety, które latami używają środka zapobiegawczego, i nie zawodzi ich nigdy. A jeżeli daje ochronę bodaj na parę lat, czyż to nie stanowi jednego z głównych celów: zapewnienia ochrony kobiecie między jedną ciążą a drugą i utrzymania ilości dzieci w racjonalnej mierze? Taki jest stan nauki dzisiaj. Być może, że te sprawy zmienią się jeszcze, i bardzo już rychło. Odkąd przełamane są uprzedzenia, odkąd nauka zwróciła na zapobieganie ciąży tyle uwagi co na inne działy medycyny, każdy dzień zbliża ją do zadziwiających odkryć. Już istnieje nieszkodliwa sterylizacja — czasowa lub trwała — zapomocą promieni Rentgena, tam gdzie względy eugeniczne czynią to wskazanem (stosuje się ją przymusowo w niektórych stanach Ameryki); niezależnie od tego, postępują doświadczenia w zakresie metod biologicznych, które pozwolą może niedługo czynić kobietę niepłodną na określony przeciąg czasu, zapomocą nieszkodliwego zastrzyku lub nawet wewnętrznie zażytej pigułki. Przyszłość Jeden z wielkich myślicieli współczesnych nazwał zdobycz regulacji urodzin epoką w dziejach ludzkości. Trudno mu nie przyznać racji. Z jakiejkolwiek strony spojrzeć na przeobrażenia których jesteśmy świadkami, wszędzie natykamy się na tę ideę. Jest ona uwieńczeniem demokracji, przez to iż daje masom jeden z najwyższych przywilejów — świadome macierzyństwo — będące dotąd własnością garstki. Uzyskanie tego przywileju będzie niewątpliwie epoką w ekonomicznym i kulturalnym udziale mas w dobrach świata: ono dopiero nada pełną wartość innym zdobyczom. Świadome macierzyństwo jest kamieniem węgielnym równouprawnienia nowoczesnej kobiety, pracującej, stanowiącej o sobie. Przekreśla upokarzające staropanieństwo z jego deformacją psychiczną i fizyczną, z jego pustką duchową. Otwiera kobiecie najszersze horyzonty. Trudno sobie wyobrazić Curie-Skłodowską odkrywającą rad przy dziesięciorgu dzieci; tak samo trudno sobie wyobrazić kobietę-adwokatkę, kobietę-sędziego, któreby nie wychodziły z ciąży. Ale to samo odnosi się, mniej lub więcej, do wszystkich kobiet. Opanowanie ciąży zmienia wzajemny stosunek płci; daje mu więcej godności, więcej swobody, usuwa wiele tragedyj i komplikacyj życiowych. Daje podstawę nowoczesnemu małżeństwu: z tego, co nieraz było katorgą dwojga istot, czyni związek ludzi wolnych. Dziecko staje się znów upragnionem szczęściem, a nie przeklinanym intruzem. Opanowanie ciąży wreszcie wraca kobiecie zdrowie, przedłuża jej młodość i wdzięk, tem samem zwiększa szanse szczęśliwego małżeństwa. Nic więc dziwnego, że sprawa regulacji urodzeń stanowi główny punkt, koło którego kręcą się obrady każdorazowego kongresu Ligi reformy seksualnej, o której pracach mówiłem na innem miejscu[4]. Jakie jeszcze dalsze następstwa w ukształtowaniu się życia społecznego może mieć w przyszłości coraz bardziej doskonalące się opanowanie ciąży, niepodobna przewidzieć; ale to pewna, że prowadzi ono do najdonioślejszych przemian ku szczęściu ludzkości. Do świadomego macierzyństwa należy tedy przyszłość. A siła tej idei leży choćby w tem, że jest ona tak prosta i stosunkowo tak łatwa do zrealizowania. Wszelkie „poprawy świata“ zazwyczaj trącą utopią, przez to że tak wiele czasu wymagają dla osiągnięcia rezultatów. Ileż wysiłków, ileż lat trzeba, aby coś zmienić w warunkach pracy czy bytu ludzi, aby uzyskać zmianę gnębiących ustaw. Tutaj, w ciągu niewielu lat, kraj może inaczej wyglądać. Siłą idei jest tu jej negatywność; nie wymaga ona kapitałów ani zmiany ustroju. Wystarczy uświadomienie, wystarczy trochę światła. Mimo wszystkich ciemnych sił które utrudniają drogę temu światłu, trudno przypuścić, aby nie miało przeniknąć. Konkluzja Świeżo otwarta w Warszawie pierwsza poradnia jest początkiem akcji, która powinna objąć najszersze koła. Polska musi się pokryć siecią takich poradni. „Krucjata przeciw nędzy“ — jak w Anglji to nazwano — krucjata przeciw ciemnocie, rozpaczy i zbrodni, niech zjednoczy wszystkich. Jeżeli zestarzałe narowy myślenia i ciasnota horyzontów przesłaniają ważność i dobrodziejstwa tej idei niektórym mężczyznom, nie sądzę aby było wiele kobiet, któreby w duchu nie rozumiały jej doniosłości. Toteż, mimo wszystko co rzekłem wyżej o milczeniu kobiet, jestem pewien, że od nich przyjdzie pomoc. W Ameryce organizacja regulacji urodzeń liczy dwa miljony członkiń. Wiązać się w ogniska świadomego macierzyństwa, zgłaszać przynależność do międzynarodowej centrali, organizować poradnie — oto czego spodziewamy się po wszystkich kobietach z rozumem i z sercem.
Dopiero kiedy w 1985 r. I sekretarzem KPZR został Michaił Gorbaczow nastąpiło kolejne odprężenie. Gospodarka radziecka była u progu lat 90-tych wyczerpana i zniszczona. I to nie tylko w wyniku wyścigowi zbrojeń prowadzonego z Ameryką oraz badaniami nad programem kosmicznego systemu antyrakietowego.
W etiopskiej ortodoksyjnej wierze Tewahido etiopscy mnisi/księża uczą nas o czterech „ukrytych” wejść na ziemi, znajdujących się na biegunach Północy, Południa, Wschodu i Zachodu. Uczono nas tak daleko na wschodzie, jak to tylko możliwe, na ziemi, która jest bramą do Raju/Edenu. Tak daleko na zachód, jak się da, jest ujście Gehenny/Piekła. Jak najdalej na południe znajduje się ziemia Błogosławionych, zamieszkałych przez świętych, pierworodnych Kapłanów Izraela, żyjących 1000 lat. Tak daleko na północ, jak możesz się udać, jest kraina żywych ludzi, gdzie mieszkają Enoch, Eliasz i inni święci, którzy przekroczyli granicę i nigdy nie stanęli w obliczu żądła śmierci. Uczono nas, że kiedy docierasz do tego „ukrytego” miejsca na północy, chmury są tak gęste, że nawet ptaki nie mogą przez nie przelecieć. Dzielimy się z wami odkryciem Pustej Ziemi, jak zeznał poniżej admirał admirałaPowyższe dwie wypowiedzi największego współczesnego odkrywcy, kontradmirała Richarda E. Byrda z Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych, nie mogą być zrozumiane ani sensowne zgodnie ze starymi teoriami geograficznymi, że ziemia jest solidną kulą z ognistym jądrem, zarówno biegun północny, jak i południowy są punktami stałymi. Gdyby tak było i gdyby admirał Byrd przeleciał odpowiednio 1700 i 2300 mil przez biegun północny i południowy, do oblodzonych i zaśnieżonych krain leżących po drugiej stronie, których geografia jest dość dobrze znana, byłoby dla niego niezrozumiałe. złożyć takie oświadczenie, nazywając to terytorium po drugiej stronie biegunów „wielką niewiadomą”.Nie miałby też powodu, by używać terminu „Kraina wiecznej tajemnicy”. Byrd nie był poetą, a to, co opisał, było tym, co zaobserwował ze swojego samolotu. Podczas lotu arktycznego 1700 mil za biegunem północnym poinformował przez radio, że widział pod sobą nie lód i śnieg, ale obszary lądowe składające się z gór, lasów, zielonej roślinności, jezior i rzek, a w zaroślach zobaczył dziwne zwierzę przypominający mamuta znalezionego zamrożonego w lodzie Arktyki. Najwyraźniej wszedł w rejon cieplejszy niż Terytorium skute lodem, które rozciąga się od bieguna po Syberię. Gdyby Byrd miał na myśli ten region, nie miałby powodu nazywać go „Wielką Nieznaną”, ponieważ można do niego dotrzeć, lecąc przez Biegun na drugą stronę regionu sposób, w jaki możemy zrozumieć zagadkowe twierdzenia Byrda, to odrzucenie tradycyjnej koncepcji formowania się ziemi i przyjęcie zupełnie nowej, zgodnie z którą jej krańce arktyczne i antarktyczne nie są wypukłe, lecz wklęsłe, i że Byrd ”wszedł” w wklęsłości polarną, gdy wyszedł poza bieguny. Innymi słowy, nie przebył biegunów na drugą stronę, ale wszedł w biegunową wklęsłość lub depresję, która, otwiera się na puste wnętrze ziemi, ojczyznę roślin, życia zwierząt i ludzi, ciesząc się tropikalnym klimatem. Jest to „Wielka Nieznana”, do której odnosił się Byrd, kiedy wygłaszał to oświadczenie – a nie do lodu – i śniegu po drugiej stronie Bieguna Północnego, rozciągającego się na wyższe partie teoria geograficzna przedstawiona po raz pierwszy wyjaśnia dziwne, zagadkowe stwierdzenia Byrda i pokazuje, że wielki odkrywca nie był marzycielem, jak może się wydawać temu, kto trzyma się starych teorii geograficznych. Byrd wkroczył na zupełnie nowe terytorium, które było „nieznane”, ponieważ nie było go na żadnej mapie i nie było go na żadnej mapie, ponieważ wszystkie mapy zostały sporządzone w oparciu o przekonanie, że ziemia jest kulista i solidna. Ponieważ prawie wszystkie lądy na tej stałej sferze zostały zbadane i zarejestrowane przez polarników, na takich mapach nie mogło być miejsca na terytorium, które odkrył admirał Byrd i które nazwał „Wielkim Nieznanym” – nieznane, bo nie na żadnej mapie. Był to obszar lądu tak duży jak Ameryka tę można rozwiązać tylko wtedy, gdy przyjmiemy przedstawioną w tej książce podstawową koncepcję formowania się Ziemi, popartą obserwacjami badaczy Arktyki, które będą tu cytowane. Zgodnie z tą nową rewolucyjną koncepcją, ziemia nie jest litą kulą, ale jest pusta, z otworami na biegunach, a admirał Byrd wszedł do tych otworów na odległość około 4000 mil podczas swoich wypraw arktycznych i antarktycznych w 1947 i 1956 roku. „Wielka Nieznana”, do której odnosił się Byrd, to bezlodowy obszar lądu wewnątrz zagłębień polarnych, otwierający się na puste wnętrze ziemi. Jeśli ta koncepcja jest słuszna, co spróbujemy udowodnić, to zarówno biegun północny, jak i południowy nie mogą istnieć, ponieważ znajdowałyby się w powietrzu, w środku otworów polarnych, a nie na powierzchni ten został po raz pierwszy przedstawiony przez amerykańskiego pisarza Williama Reeda w książce „Upiór biegunów”, opublikowanej w 1906 r., wkrótce po tym, jak admirał Peary stwierdził, że odkrył biegun północny i zaprzeczał, że naprawdę to zrobił. W 1920 roku ukazała się kolejna książka Marshalla Gardnera „Podróż do wnętrza Ziemi co naprawdę odkryto na biegunach?”, z tym samym stwierdzeniem. Co dziwne, Gardner nie miał żadnej wiedzy na temat książki Reeda i samodzielnie doszedł do swoich wniosków. Zarówno Reed, jak i Gardner twierdzili, że ziemia jest pusta, z otworami na biegunach i że w jej wnętrzu żyje ogromna populacja milionów mieszkańców, tworzących zaawansowaną cywilizację. Jest to prawdopodobnie „Wielka Nieznana”, do której odniósł się admirał Byrd nie mógł mieć na myśli żadnej części znanej powierzchni Ziemi, kiedy mówił o „Wielkim Nieznanym”, ale raczej nowy, nieznany dotąd obszar lądowy, wolny od lodu i śniegu, z zieloną roślinnością, lasami i zwierzętami. życie, które nie istnieje nigdzie na powierzchni Ziemi, ale wewnątrz depresji polarnej, otrzymując ciepło ze swojego pustego wnętrza, które ma wyższą temperaturę niż powierzchnia, z którą się komunikuje. Tylko na podstawie tej koncepcji możemy zrozumieć wypowiedzi admirała wyprawyW styczniu 1956 roku admirał Byrd poprowadził kolejną ekspedycję na Antarktydę i przeniknął tam na odległość 2300 mil *za* biegun południowy. Ogłoszenie radiowe w tym czasie (13 stycznia 1956 r.) głosiło: „13 stycznia członkowie ekspedycji amerykańskiej spenetrowali obszar lądowy 2300 mil *za* biegunem. Lot wykonał kontradmirał George Dufek z United States Navy Air Unit”.Słowo „poza” jest bardzo znaczące i będzie zagadkowe dla tych, którzy wierzą w starą koncepcję solidnej ziemi. Oznaczałoby to wówczas region po drugiej stronie kontynentu antarktycznego i ocean poza nim i nie byłby „rozległym nowym terytorium” (nie na żadnej mapie), ani jego wyprawa, która znalazła to terytorium, nie byłaby „najważniejszą wyprawą”. w historii świata”. Geografia Antarktydy jest dość dobrze znana, a admirał Byrd nie dodał niczego istotnego do naszej wiedzy na temat kontynentu antarktycznego. Jeśli tak jest, to dlaczego miałby wygłaszać tak pozornie dzikie i niepoparte poparciem twierdzenia – zwłaszcza biorąc pod uwagę jego wysoką pozycję jako kontradmirał Marynarki Wojennej USA i reputację wielkiego odkrywcy?Ta zagadka zostaje rozwiązana, gdy zrozumiemy nową teorię geograficzną Pustej Ziemi, co jest jedynym sposobem, w jaki możemy dostrzec sens w wypowiedziach admirała Byrda i nie uważać go za wizjonera, który widział miraże w regionach polarnych lub przynajmniej wyobrażał sobie, że to powrocie z wyprawy na Antarktydę 13 marca 1956 r. Byrd zauważył: „Obecna ekspedycja otworzyła nowe, rozległe lądy”. Słowo „ziemia” jest bardzo znaczące. Nie mógł odnieść się do żadnej części kontynentu antarktycznego, ponieważ żadna z nich nie składa się z „lądu”, a całość z lodu, a poza tym jej geografia jest dość dobrze znana, a Byrd nie wniósł żadnego godnego uwagi wkładu w geografię Antarktyki , podobnie jak inni odkrywcy, którzy pozostawili swoje nazwiska jako pomniki w geografii tego obszaru. Gdyby Byrd odkrył ogromny nowy obszar na Antarktydzie, zażądałby go dla rządu Stanów Zjednoczonych i zostałby nazwany jego imieniem, tak samo jak w przypadku, gdyby jego 1700 milowy lot poza Biegun Północny odbywał się nad powierzchnią Ziemi między biegunami i nie znajdujemy żadnych takich osiągnięć, które zasługiwałyby na uznanie wielkiego odkrywcy, ani nie pozostawił on swojego nazwiska w geografii Arktyki i Antarktyki w takim stopniu, na jaki wskazywałyby jego wypowiedzi o odkryciu nowego, rozległego obszaru lądowego. Gdyby jego ekspedycja antarktyczna otworzyła nowy, ogromny obszar lodu na zamarzniętym kontynencie Antarktydy, nie byłoby właściwe użycie słowa „ląd”, co oznacza bezlodowy region podobny do tego, nad którym Byrd przeleciał 1700 mil poza północ bieguna, który miał zieloną roślinność, lasy i życie zwierzęce. Możemy zatem wnioskować, że jego wyprawa z 1956 r. na odległość 2300 mil za biegunem południowym odbyła się na podobnym bezlodowym terytorium, które nie zostało zapisane na żadnej mapie, ani nad żadną częścią kontynentu następnym roku, w 1957 roku, przed śmiercią, Byrd nazwał tę krainę za biegunem południowym (nie „lodem” po drugiej stronie bieguna południowego) „zaczarowanym kontynentem na niebie, krainą wiecznej tajemnicy”. Nie mógłby użyć tego stwierdzenia, gdyby odniósł się do tej części lodowatego kontynentu Antarktydy, która leży po drugiej stronie bieguna południowego. Słowa „wieczna tajemnica” oczywiście odnoszą się do czegoś innego. Odnoszą się do cieplejszego terytorium nie pokazanego na żadnej mapie, które znajduje się wewnątrz Otworu Bieguna Południowego prowadzącego do pustego wnętrza „ten zaczarowany kontynent na niebie” odnosi się oczywiście do obszaru lądu, a nie lodu, odbijającego się w niebie, który działa jak lustro, dziwne zjawisko obserwowane przez wielu polarników, którzy mówią o „wyspie na niebie” lub „niebo wodne”, w zależności od tego, czy niebo w regionach polarnych odbija ląd czy wodę. Gdyby Byrd zobaczył odbicie wody lub lodu, nie użyłby słowa „kontynent”, ani nie nazwałby go „zaczarowanym” kontynentem. Był „zaczarowany”, ponieważ zgodnie z przyjętymi koncepcjami geograficznymi ten kontynent, który Byrd widział odbity w niebie (gdzie kule wody działają jak lustro dla powierzchni poniżej), nie mógł teraz słowa Raya Palmera, redaktora magazynu „Flying Saucers” i czołowego amerykańskiego eksperta od latających spodków, który jest zdania, że ​​odkrycia admirała Byrda w rejonach Arktyki i Antarktyki dostarczają wyjaśnienia pochodzenia latających spodków: które, jego zdaniem, nie pochodzą z innych planet, ale z pustego wnętrza Ziemi, gdzie istnieje zaawansowana cywilizacja znacznie wyprzedzająca nas w lotnictwie, używająca latających spodków do podróży powietrznych, docierająca na zewnątrz Ziemi przez otwory polarne. Palmer wyjaśnia swoje poglądy w następujący sposób:„Jak dobrze znana jest Ziemia? Czy jest jakiś obszar na Ziemi, który można uznać za możliwe pochodzenie latających spodków? Istnieją dwa. Dwa główne obszary o znaczeniu to Antarktyka i przeloty admirała Byrda nad obydwoma biegunami dowodzą, że istnieje „dziwność” kształtu Ziemi w obu obszarach polarnych. Byrd poleciał na Biegun Północny, ale nie zatrzymał się tam i zawrócił, ale przeszedł 1 700 mil dalej, a następnie wrócił do swojej bazy arktycznej (z powodu wyczerpania zapasów benzyny). W miarę postępu za punktem biegunowym bezlodowa ziemia i jeziora, góry pokryte drzewami, a nawet potworne zwierzę, przypominające mamuta starożytności, poruszało się po zaroślach; a wszystko to zostało zgłoszone drogą radiową przez pasażerów samolotu. Przez prawie całe 1700 mil samolot przeleciał nad lądem, górami, drzewami, jeziorami i była ta nieznana kraina? Czy Byrd, podróżując na północ, wszedł do pustego wnętrza Ziemi przez północny otwór polarny? Później wyprawa Byrda udała się na Biegun Południowy i po jego przejściu przeszła 2300 mil dalej.„Po raz kolejny wkroczyliśmy w nieznaną i tajemniczą krainę, której nie ma na dzisiejszych mapach. I po raz kolejny nie znajdujemy zapowiedzi poza wstępną zapowiedzią osiągnięcia (ze względu na oficjalne zatajenie informacji o nim – autor). I, co najdziwniejsze, miliony na świecie pochłaniają ogłoszenia i rejestrują kompletną pustkę, jeśli chodzi o ciekawość.„Oto zatem fakty. Na obu biegunach istnieją nieznane i rozległe obszary lądowe, bynajmniej nie nadające się do zamieszkania, rozciągające się na rozległych odległościach, które można nazwać ogromnymi, ponieważ obejmują obszar większy niż jakikolwiek znany obszar kontynentalny! Tajemnicza Kraina Bieguna Północnego widziała Byrda i jego załogę w odległości co najmniej 1700 mil w poprzek tego kierunku i nie można go sobie wyobrazić, że jest tylko wąskim pasem. Jest to obszar być może tak duży jak całe Stany Zjednoczone!„W przypadku bieguna południowego, ziemia przemierzona za biegunem obejmowała obszar tak duży jak Ameryka Północna oraz południowy kontynent polarny.„Latające spodki mogły pochodzić z tych dwóch nieznanych krain »poza Polakami«. W opinii redakcji „Latających Spodków” nikt nie może zaprzeczyć istnieniu tych ziem, biorąc pod uwagę fakty z dwóch opisanych przez nas ekspedycji”.Jeśli kontradmirał Byrd twierdził, że jego wyprawa na biegun południowy była „najważniejszą wyprawą w historii świata”, a po powrocie z ekspedycji zauważył: „Obecna ekspedycja otworzyła nowy rozległy ląd”, byłoby dziwne i niewytłumaczalne, jak tak wielkie odkrycie nowego obszaru lądowego, tak dużego jak Ameryka Północna, porównywalne z odkryciem Ameryki przez Kolumba, nie zyskało żadnej uwagi i zostało prawie całkowicie zapomniane, tak że nikt o tym nie wiedział od najbardziej ignorancki do najbardziej racjonalnym wyjaśnieniem tej tajemnicy jest krótkie ogłoszenie w amerykańskiej prasie na podstawie raportu radiowego admirała Byrda, dalsze rozgłosy zostały stłumione przez rząd, w którego służbie Byrd pracował i który miał ważne polityczne powody, dla których historyczne odkrycie admirała Byrda powinno nie dać się poznać światu. Odkrył bowiem dwa nieznane obszary lądowe, mające w sumie 4000 mil średnicy i prawdopodobnie tak duże, jak kontynenty Ameryki Północnej i Południowej, ponieważ samoloty Byrda zawróciły, nie dochodząc do końca tego terytorium, którego nie zapisano na żadnej mapie. Najwyraźniej rząd Stanów Zjednoczonych obawiał się, że jakiś inny rząd może dowiedzieć się o odkryciu Byrda i przeprowadzić podobne loty, posuwając się znacznie głębiej niż Byrd i być może uznając ten obszar za swój wypowiedź Byrda z 1957 r. na krótko przed śmiercią, w której nowe terytorium, które odkrył poza Polakami nazwał „zaczarowanym kontynentem na niebie” i „krainą wiecznej tajemnicy”, Palmer mówi:„Biorąc pod uwagę to wszystko, czy można się dziwić, że wszystkie narody świata nagle uznały region bieguna południowego (w szczególności) i region bieguna północnego za tak intensywnie interesujący i ważny, i rozpoczęły eksploracje na naprawdę ogromną skalę?”Palmer konkluduje, że ten nowy obszar lądowy, który odkrył Byrd i którego nie ma na żadnej mapie, istnieje wewnątrz, a nie poza ziemią, ponieważ geografia na zewnątrz jest dość dobrze znana, podczas gdy geografia wnętrza (w obrębie depresji polarnej) jest „ nieznany.” Z tego powodu Byrd nazwał to „Wielką Nieznaną”.Po omówieniu znaczenia użycia terminu „za” biegunem przez Byrda zamiast „po drugiej stronie” bieguna na drugą stronę regionów arktycznych lub antarktycznych, Palmer dochodzi do wniosku, że to, o czym mówił Byrd, było nieznanym obszarem lądowym wewnątrz wklęsłości polarnej. i połączenie z cieplejszym wnętrzem Ziemi, które odpowiada za zieloną roślinność i życie zwierzęce. Jest „nieznany”, ponieważ nie znajduje się na zewnętrznej powierzchni Ziemi i dlatego nie jest zapisany na żadnej mapie. Palmer pisze:W lutym 1947 r. admirał Richard E. Byrd, jedyny człowiek, który zrobił najwięcej, aby uczynić Biegun Północny znanym obszarem, wydał następujące oświadczenie: „Chciałbym zobaczyć ląd za Biegunem. Ten obszar poza biegunem jest centrum Wielkiego ludzi czyta to oświadczenie w swoich codziennych gazetach. A miliony były zachwycone kolejnym lotem admirała na biegun i do punktu 1700 mil dalej. Miliony usłyszały radiowy opis lotu, który został również opublikowany w to była ziemia? Spójrz na swoją mapę. Oblicz odległość od wszystkich znanych lądów, o których wspomnieliśmy wcześniej (Syberia, Spitzbergen, Alaska, Kanada, Finlandia, Norwegia, Grenlandia i Islandia). Spora część z nich mieści się w zakresie 1700 mil. Ale żaden z nich nie znajduje się w promieniu 200 mil od bieguna. Byrd przeleciał nad nieznanym lądem. On sam nazwał to „wielką niewiadomą”. I rzeczywiście jest świetnie. Gdyż po przebyciu 1700 mil nad lądem został zmuszony do powrotu z powodu braku benzyny, a on jeszcze nie osiągnął końca; Powinien wrócić do „cywilizacji”. Ale nie był. Nie powinien widzieć nic poza pokrytym lodem oceanem, a co najwyżej częściowo otwartym oceanem. Zamiast tego był nad górami pokrytymi Najbardziej wysunięta na północ granica linii lasu znajduje się daleko na Alasce, w Kanadzie i na Syberii. Na północ od tej linii nie rośnie żadne drzewo! Na całym biegunie północnym drzewo nie rośnie w promieniu 1700 mil od my tu mamy? Mamy dobrze udokumentowany lot admirała Richarda E. Byrda do krainy za biegunem, którą tak bardzo chciał zobaczyć, ponieważ była to centrum wielkiego nieznanego, centrum tajemnicy. Podobno jego życzenie zostało w pełni spełnione, jednak dziś nigdzie nie wspomina się o tej tajemniczej krainie. Czemu? Czy to była fikcja lotu z 1947 roku? Czy wszystkie gazety kłamały? Czy radio z samolotu Byrda kłamało?Nie, admirał Byrd przeleciał za Co miał na myśli admirał, gdy użył tego słowa? Jak można wyjść „poza” biegun? Zastanówmy się przez chwilę. Wyobraźmy sobie, że jakimś cudownym sposobem zostajemy przetransportowani do dokładnego punktu północnego bieguna magnetycznego. Docieramy tam od razu, nie wiedząc, z którego kierunku przybyliśmy. A wiemy tylko, że mamy jechać z bieguna na Spitzbergen. Ale gdzie jest Spitzbergen? W którą stronę idziemy? Oczywiście południe: ale które południe? Wszystkie kierunki z bieguna północnego są na południe!To właściwie prosty problem nawigacyjny. Wszystkie wyprawy na Biegun, czy to samolotem, łodzią podwodną, ​​czy pieszo, borykały się z tym problemem. Albo muszą wrócić do celu, albo odkryć, który kierunek południowy jest właściwy do ich celu, gdziekolwiek został określony. Problem rozwiązuje się, skręcając w dowolnym kierunku i przechodząc około 20 mil. Następnie zatrzymujemy się, mierzymy gwiazdy, korelujemy z odczytem kompasu (który nie wskazuje już prosto w dół, ale w kierunku północnego bieguna magnetycznego) i kreślimy nasz kurs na mapie. Następnie łatwo jest udać się na Spitzbergen, kierując się na Byrd nie przestrzegał tej tradycyjnej procedury nawigacyjnej. Kiedy dotarł do bieguna, jechał dalej przez 1700 mil. Prawie po przekroczeniu bieguna kontynuował kurs na północ. I o dziwo, zapisano, że mu się udało, bo nie widziałby tej „ziemi za Biegunem”, która do dziś, jeśli mamy przejrzeć zapisy gazet, książek. radio, telewizja i poczta pantoflowa nigdy nie były ponownie ziemia, na dzisiejszych mapach, nie może istnieć. Ale skoro tak jest, możemy jedynie stwierdzić, że dzisiejsze mapy są niepoprawne, niekompletne i nie przedstawiają prawdziwego obrazu półkuli zlokalizowaniu w ten sposób wielkiej masy lądowej na północy, a nie na żadnej dzisiejszej mapie, lądu, który jest centrum wielkiej nieznanej, co można interpretować tylko jako sugerowanie, że obszar o długości 1709 mil, który przemierza Byrd, jest tylko jego częścią .Tak ważne odkrycie, które Byrd nazwał „najważniejszym” w dziejach świata, powinno być znane każdemu, gdyby informacja o nim nie została do tego stopnia zatuszowana, że ​​została prawie całkowicie zapomniana, dopóki Giannini nie wspomniał o tym w swoim książka „Worlds Beyond the Poles”, wydana w Nowym Jorku w 1959 roku. Podobnie książka Gianniniego, z jakiegoś dziwnego powodu, nie była reklamowana przez wydawcę i pozostawała koniec tego samego roku, 1959, Ray Palmer, redaktor magazynu „Flying Saucers”, nagłośnił odkrycie admirała Byrda, o którym dowiedział się z książki Gianniniego, którą przeczytał. Był pod takim wrażeniem, że w grudniu tego roku opublikował tę informację w swoim magazynie, który był sprzedawany w kioskach w całych Stanach Zjednoczonych. Potem nastąpiła seria dziwnych incydentów, wskazujących, że tajne siły działały, aby informacje zawarte w grudniowym numerze magazynu „Flying Saucers”, zaczerpnięte z książki Gianniniego, nie dotarły do ​​opinii krok od ujawnieniaKim są te tajne siły, które mają szczególny powód, by powstrzymać ujawnienie informacji o wielkim odkryciu przez admirała Byrda nowych obszarów lądowych, których nie ma na żadnej mapie. Oczywiście są to te same siły, które tłumiły informacje prasowe, z wyjątkiem krótkiego ogłoszenia prasowego, po tym, jak Byrd dokonał swojego wielkiego odkrycia i zanim Giannini opublikował pierwsze publiczne oświadczenie na jego temat od wielu lat, w 1959 roku, dwanaście lat po odkryciu. Palmera o odkryciach Byrda w Arktyce i Antarktyce było pierwszym tego typu wydarzeniem na dużą skalę Z tego powodu, wkrótce po tym, jak grudniowy numer „Latających Spodków” z grudnia 1959 roku był gotowy do wysłania do prenumeratorów i umieszczony w kioskach, został w tajemniczy sposób wycofany z obiegu – najwyraźniej przez te same tajne siły, które od 1947 roku tłumiły upublicznianie tych podjechała ciężarówka, która miała dostarczyć czasopisma z drukarni do wydawcy, w ciężarówce nie znaleziono żadnych magazynów! Rozmowa telefoniczna wydawcy (pana Palmera) z drukarnią spowodowała, że ​​nie znalazł żadnego dowodu wysyłki potwierdzającego, że przesyłka została zrealizowana. Po opłaceniu czasopism wydawca poprosił drukarza o zwrot płyt prasie i wydanie należnych egzemplarzy. Ale, o dziwo, płyty nie były dostępne i były tak bardzo zniszczone, że nie można było wykonać ponownego się podziały tysiące czasopism, które zostały wydrukowane i w tajemniczy sposób zniknęły? Dlaczego nie było potwierdzenia wysyłki?W efekcie 5000 prenumeratorów nie otrzymało magazynu. Zaginął jeden dystrybutor, który otrzymał 750 egzemplarzy do sprzedania w swoim kiosku, a wraz z nim zniknęło 750 czasopismCo zawierało to pismo, które spowodowało jego stłumienie w ten sposób przez niewidzialne i tajne siły? Zawierał raport o ucieczce admirała Byrda poza biegun północny w 1947 r., którego wiedza została wcześniej utajniona, z wyjątkiem wzmianki o nim w książce Gianniniego „Worlds Beyond the Poles”. Wydanie „Latających Spodków” z grudnia 1959 roku zostało oczywiście uznane za niebezpieczne przez tajne siły, które miały szczególny powód, aby ukryć te informacje przed światem i zachować je w tajemnicy. W tym numerze „Latających spodków” zacytowano następujące wypowiedzi z książki Gianniniego:Od 12 grudnia 1929 ekspedycje polarne Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych ustaliły istnienie nieokreślonego zasięgu lądu poza stycznia 1956 r., kiedy przygotowywano tę książkę, amerykańska jednostka powietrzna przeniknęła na odległość 2300 mil poza przypuszczalny koniec Ziemi na Biegunie Południowym. Ten lot odbywał się zawsze nad lądem, wodą i lodem. Z bardzo istotnych powodów pamiętny lot otrzymał znikome informacje Zjednoczone i ponad trzydzieści innych narodów przygotowały bezprecedensowe wyprawy polarne w latach 1957-1958 w celu penetracji lądu, teraz okazało się, że wykraczają poza oba bieguny. Moje pierwotne ujawnienie nieznanego wówczas lądu poza Polakami, w latach 1926-1928, zostało opisane przez prasę jako „bardziej odważne niż wszystko, co kiedykolwiek wymyślił Jules Verne”. Następnie Giannini zacytował następujące wypowiedzi admirała Byrda, które przedstawiliśmy powyżej:1947: luty. „Chciałbym zobaczyć tę ziemię za biegunem. Ten obszar za biegunem jest centrum wielkiej nieznanej.– kontradmirał Richard E. Byrd z Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych przed siedmiogodzinnym lotem nad lądem za biegunem 13 stycznia ‚13 stycznia członkowie ekspedycji Stanów Zjednoczonych dokonali lotu 2700 mil od bazy w McMurdo Sound, która znajduje się 400 mil na zachód od bieguna południowego, i spenetrowali obszar lądowy 2300 mil poza Polak.’– Komunikat radiowy, potwierdzony przez prasę 5 13 marca 'Obecna ekspedycja otworzyła rozległą nową ziemię’– admirał Byrd, po powrocie z Krainy za Biegunem „Ten czarujący kontynent na niebie, kraina wiecznej tajemnicy”– admirał Byrd.”Świat nauki nie zwrócił uwagi na książkę Gianniniego. Dziwna i rewolucyjna teoria geograficzna, którą przedstawił, została zignorowana jako ekscentryczna, a nie naukowa. Jednak wypowiedzi admirała Byrda mają sens tylko wtedy, gdy zaakceptuje się taką koncepcję istnienia „ziemi poza Polakami”, jak twierdził Giannini. Giannini pisze:„Wielu czytelników stwierdziło, że loty komercyjne nieustannie przecinają biegun i lecą na przeciwną stronę Ziemi. To nieprawda i chociaż sami urzędnicy linii lotniczych, zapytani, mogą powiedzieć, że tak, nie jest to dosłowna prawda. Wykonują manewry nawigacyjne, które automatycznie eliminują lot poza biegun w linii prostej, pod każdym względem. Zapytaj pilotów tych lotów polarnych. A kiedy dotrą do celu, wymień jeden lot transpolarny, na który można kupić bilet, który faktycznie przecina Biegun Północny.„Badając trasę lotów nad obszarem Bieguna Północnego, zawsze stwierdzamy, że omijają biegun lub w bok, a nigdy bezpośrednio przez niego. To jest dziwne. Z pewnością lot reklamowany jako przelatujący bezpośrednio nad biegunem północnym przyciągnąłby wielu pasażerów, którzy chcieliby tego przeżyć. Jednak, o dziwo, żadna linia lotnicza nie oferuje takiego lotu. Ich trasy lotnicze zawsze przebiegają po jednej stronie bieguna. Czemu? Czy nie jest możliwe, że gdyby przelecieli prosto przez Biegun, zamiast lądować po przeciwnej stronie Ziemi, samolot poleciłby na tę ziemię za Biegunem, „centrum Wielkiego Nieznanego”, jak nazwał to admirał Byrd? ”Admirał nie był samW lutym 1947 roku, kiedy admirał Byrd dokonał wielkiego odkrycia lądu za biegunem północnym, na kontynencie Antarktydy dokonano kolejnego niezwykłego odkrycia, odkrycia „Oazy Bungera”. Odkrycia tego dokonał komandor porucznik David Bunger, który był za sterami jednego z sześciu dużych samolotów transportowych wykorzystywanych przez admirała Byrda podczas operacji Highjump US Navy (1946-1947).Bunger leciał w głąb lądu z Szelfu Lodowego Shackleton w pobliżu wybrzeża Queen Mary na Ziemi Wilkesa. On i jego załoga znajdowali się około czterech mil od linii brzegowej, gdzie znajdują się otwarte odkryty przez Bungera był wolny od lodu. Jeziora miały wiele różnych kolorów, od rdzawoczerwonego, zielonego do ciemnoniebieskiego. Każde z jezior miało ponad trzy mile długości. Woda była cieplejsza niż ocean, jak stwierdził Bunger, lądując swoim hydroplanem na jednym z jezior. Każde jezioro miało łagodnie opadającą czterech krawędzi oazy, która miała mniej więcej kwadratowy kształt, Bunger widział niekończący się i wieczny biały śnieg i lód. Dwie strony oazy wznosiły się na prawie sto stóp wysokości i składały się z wielkich lodowych ścian. Pozostałe dwie strony miały bardziej stopniowe i łagodne takiej oazy na dalekiej Antarktydzie, krainie wiecznego lodu, wskazywałoby na cieplejsze warunki, jakie istniałyby, gdyby oaza znajdowała się na południowym otworze biegunowym, prowadzącym do cieplejszego wnętrza ziemi, jak miało to miejsce w przypadku cieplejsze terytorium, z lądem i jeziorami, które admirał Byrd odkrył za biegunem północnym, które prawdopodobnie znajdowało się w północnej części bieguna. W przeciwnym razie nie da się wytłumaczyć istnienia takiej oazy niezamarzniętego terytorium w środku kontynentu Antarktydy o grubości lodu na wiele mil. Oaza nie mogła powstać w wyniku aktywności wulkanicznej pod powierzchnią Ziemi, ponieważ obszar lądowy oazy obejmował trzysta mil kwadratowych, był zbyt duży, aby mógł być dotknięty wulkanicznym ciepłem. Lepszym wyjaśnieniem są prądy ciepłego wiatru z wnętrza więc Byrd w Arktyce i Bunger na Antarktydzie dokonali podobnych odkryć cieplejszych obszarów lądowych poza biegunami mniej więcej w tym samym czasie, na początku 1947 roku. Ale nie byli jedynymi, którzy dokonali takiego odkrycia. Jakiś czas temu gazeta w Toronto w Kanadzie „The Globe and Mail” opublikowała zdjęcie zielonej doliny wykonane przez lotnika w regionie Arktyki. Najwyraźniej lotnik zrobił zdjęcie z powietrza i nie próbował lądować. Była to piękna dolina z zielonymi wzgórzami. Lotnik musiał wylecieć poza Biegun Północny na to samo cieplejsze terytorium, które odwiedził admirał Byrd, które znajduje się w otworze polarnym. To zdjęcie zostało opublikowane w 1960 potwierdzeniem odkrycia admirała Byrda są doniesienia o osobach, które twierdziły, że weszły do ​​północnego otworu polarnego, tak jak wielu badaczy Arktyki, nie wiedząc o tym, i wniknęły wystarczająco daleko, aby dotrzeć do Podziemnego Świata w pustym wnętrzu Ziemi. Dr Nephi Cottom z Los Angeles poinformował, że jeden z jego pacjentów, człowiek pochodzenia nordyckiego, opowiedział mu następującą historię:„Mieszkałem niedaleko koła podbiegunowego w Norwegii. Pewnego lata mój przyjaciel i ja postanowiliśmy wybrać się na wspólną wycieczkę łodzią i udać się jak najdalej na północ. Wrzuciliśmy więc miesięczny zapas żywności do małej łodzi rybackiej iz żaglem i dobrym silnikiem w naszej łodzi, wypłynęliśmy w morze.„Pod koniec miesiąca pojechaliśmy daleko na północ, za biegun i do obcego nowego kraju. Byliśmy bardzo zdumieni panującą tam pogodą. Ciepło, a czasami w nocy było prawie za ciepło, żeby spać. (Odkrywcy Arktyki, którzy przeniknęli na daleką północ, sporządzili podobne raporty o ciepłej pogodzie, czasami wystarczająco ciepłej, by zrzucić ciężkie ubrania – Autor). Potem zobaczyliśmy coś tak dziwnego, że oboje byliśmy zdumieni. Przed ciepłym otwartym morzem byliśmy na czymś, co wyglądało jak wielka góra. W pewnym momencie do góry, ocean zdawał się opróżniać. Zdziwieni, pojechaliśmy dalej w tym kierunku i znaleźliśmy się w ogromnym kanionie prowadzącym do wnętrza Ziemi. Płynęliśmy dalej i wtedy zobaczyliśmy to, co nas zaskoczyło – słońce świecące pod ziemią!„Ocean, który zabrał nas do pustego wnętrza Ziemi, stopniowo stał się rzeką. Ta rzeka wiodła, jak później sobie uświadomiliśmy, przez całą wewnętrzną powierzchnię świata od jednego końca do drugiego. Jeśli podążasz za nim wystarczająco długo, może cię zabrać od bieguna północnego do bieguna południowego.„Kilku mieszkańców Ziemi Wewnętrznej – ogromne olbrzymy odkryły naszą łódź na rzece i było bardzo zdziwionych. Byli jednak dość przyjaźni. Zostaliśmy zaproszeni na obiad z nimi w ich domach, więc mój towarzysz i ja rozdzieliliśmy się, on szedł z jednym olbrzymem do domu tego olbrzyma, a ja szedłem z innym olbrzymem do jego domu.„Mój gigantyczny przyjaciel przywiózł mnie do domu, do swojej rodziny i byłem całkowicie przerażony, widząc ogromne rozmiary wszystkich przedmiotów w jego domu. Stół obiadowy był kolosalny. Postawiono przede mną talerz i napełniono go porcją jedzenia tak dużą, że wystarczyłaby na cały tydzień. Gigant zaoferował mi kiść winogron, a każde grono było wielkości jednej z naszych brzoskwiń. Spróbowałem jednego i stwierdziłem, że jest o wiele słodszy niż jakikolwiek, którego kiedykolwiek próbowałem „na zewnątrz”. We wnętrzu Ziemi wszystkie owoce i warzywa smakują znacznie lepiej i bardziej aromatycznie niż te, które mamy na zewnętrznej powierzchni Ziemi.„Zostaliśmy z gigantami przez rok, ciesząc się ich towarzystwem tak samo, jak im się podobało poznanie nas. Podczas naszej wizyty u tych niezwykłych ludzi zaobserwowaliśmy wiele dziwnych i niezwykłych rzeczy i nieustannie byliśmy zdumieni ich postępem naukowym i wynalazkami. Przez cały ten czas nigdy nie byli dla nas nieprzyjaźni i pozwolono nam wrócić do naszego domu w ten sam sposób, w jaki przybyliśmy – w rzeczywistości uprzejmie zaoferowali swoją ochronę, gdybyśmy jej potrzebowali podczas podróży olbrzymy były najwyraźniej członkami przedpotopowej rasy Atlantów, którzy osiedlili się we wnętrzu Ziemi przed historycznym potopem, który zatopił ich kontynent doświadczenia wizyty w pustym wnętrzu ziemi, przez otwór polarny, dokonał inny Norweg, Olaf Jansen, i opisał je w książce „The Smoky God”, napisanej przez Willisa George’a Emersona, Amerykański pisarz. Książka oparta jest na relacji sporządzonej przez Jansena dla pana Emersona przed jego śmiercią, opisującego jego prawdziwe doświadczenie zwiedzania wnętrza ziemi i jej „Zadymiony bóg” odnosi się do centralnego słońca w pustym wnętrzu Ziemi, które jest mniejsze i mniej jasne niż nasze słońce, a wydaje się „zadymione”. Książka opowiada o prawdziwym doświadczeniu nordyckiego ojca i syna, którzy swoją małą łodzią rybacką i nieograniczoną odwagą próbowali znaleźć „ziemię za północnym wiatrem”, ponieważ słyszeli o jej cieple i pięknie. Niezwykła wichura przeniosła ich większość odległości przez polarny otwór do pustego wnętrza Ziemi. Spędzili tam dwa lata i wrócili przez południowe otwarcie bieguna. Ojciec stracił życie, gdy góra lodowa pękła na pół i zniszczyła łódź. Syn został uratowany, a następnie spędził 24 lata w więzieniu za szaleństwo, w wyniku opowiedzenia historii swojego doświadczenia niedowierzającym w końcu został zwolniony, nie opowiedział nikomu tej historii. Po 26 latach bycia rybakiem zaoszczędził wystarczająco dużo pieniędzy, aby przyjechać do Stanów Zjednoczonych i osiedlić się w Illinois, a później w Kalifornii. W wieku dziewięćdziesięciu lat przez przypadek pisarz Willis George Emerson zaprzyjaźnił się z nim i opowiedział mu całą historię. Po śmierci starca zrezygnował z wykonanych przez siebie map wnętrza Ziemi i rękopisu opisującego jego doświadczenia. Odmówił pokazania go nikomu, gdy był żywy, ze względu na jego wcześniejsze doświadczenia z ludźmi, którzy mu nie wierzyli i uważali go za szalonego, jeśli wspomniał ten „The Smoky God”, opisująca niezwykłą podróż Olafa Jansena do pustego wnętrza Ziemi, została opublikowana w 1908 roku. Opowiada o istotach zamieszkujących Ziemię, których on i jego ojciec poznali podczas swojej jest, jak ten raport z wizyty we wnętrzu Ziemi koresponduje z innym opisanym powyżej, jednak oba były od siebie całkowicie niezależne. Również gigantyczne rozmiary istot ludzkich żyjących we wnętrzu Ziemi odpowiadają wielkiemu rozmiarowi jej życia zwierzęcego, co zauważył admirał Byrd, który podczas swojego 1700 milowego lotu poza Biegun Północny zaobserwował dziwne zwierzę przypominające starożytnego mamuta. ORGINALNE NAGRANIE Z WYWIADU NA ŻYWO W TV BBC
Była to moneta niema. Ich waga spadła do poziomu 0,2 grama. Monety te były główną monetą ubogiej części mieszkańców Prus. Pierwszy opisał i zdefiniował brakteaty krzyżackie F.A. Vossberg w połowie XIX wieku, które opracował Emil Waschinski w 1934 roku, ustalając ich pełną typologię i wyznaczając wstępną chronologię. Podczas gdy na Zachodzie kończyło się rozdrobnienie feudalne, tworzyły się tam jednolite pod względem narodowościowym państwa, a zatem monarchie Europy zachodniej były w zasadzie jednolite pod względem etnicznym. Na wschodzie Europy powstawały natomiast państwa wielonarodowościowe, w ramach, których poszczególne narodowości nie zatracają swojego odrębnego oblicza. Taki charakter miały Rosja, państwo polsko – litewskie, Węgry czy monarchia habsburska. Jednak dość szybko w tych państwach jedna z narodowości uzyskiwała przewagę nad innymi i stawała się narodem rządzącym. W Rosji taka rolę odgrywali Rosjanie (Wielkorusy). W państwie rosyjskim warstwą rządząca pozostali możnowładcy, pomimo iż przeciwko wielkim bojarom ostatni Rurykowicze, zwłaszcza Iwan IV Groźny, prowadzili nieubłaganą walkę. Pewna liczba starych rodów bojarskich mimo to utrzymała się jak również potomkowie dawnych książąt dzielnicowych u władzy. W XVI wieku pojawia się warstwa nowej szlachty, z nadania carskiego, tzw. dworiaństwo, zawdzięczające również swoje majątki nadaniom carskim. Dworianie rekrutowali się przede wszystkim spośród urzędników carskich. Różnice prawne między poszczególnymi kategoriami feudałów zacierały się, tworząc w XVIII wieku jeden stan zwany szlachtą, czyli dworianstwem. Szlachta rosyjska narzucała chłopom coraz ostrzejsze formy poddaństwa. Zarysowująca się w XIV i XV wieku ewolucja, idąca od świadczeń chłopów na rzecz panów w naturze do czynszów pieniężnych uległa zahamowaniu. Głównym świadczeniem na rzecz panów stały się robocizny na gruntach pana. Liczba chłopów zamieszkujących dobra carskie, gdzie korzystali oni z pewnych swobód, malała na skutek nadań carów, które pomniejszały liczbę dóbr carskich, rozdawanych szlachcie coraz hojniejszą ręką. Na XV wiek przypada walka panów z chłopami o przywiązanie ich do ziemi. Panowie uzyskali szereg ustaw, które gwarantowały im przywiązanie do ziemi chłopa i surowe kary za zbiegostwo. Ostatecznie sprawa ta została unormowana przez Ułożenije z 1649 roku, które przytwierdzało do ziemi wszystkie kategorie chłopów. Równolegle ugruntowało się sądownictwo patrymonialne nad chłopami, bez prawa odwołania do sądu państwowego i bez żadnej kontroli państwa. To pogorszenie stanowiska ludności poddańczej sprawiło, że różnice między chłopami poddanymi a pozostałymi chłopami zaczynały się zacierać. Trafiały się coraz częstsze wypadki sprzedaży chłopów przez pana, tak jak gdyby chodziło o niewolników. Te różne formy eksploatacji chłopa szlachta mogła utrzymać tylko w oparciu o silną władzę monarchy, tym bardziej, że stale powtarzały się bunty chłopskie. Zwłaszcza bunty kozackie czy bunt Stieńki Razina od połowy XVII wieku dały odczuć bojarom rosyjskim grożące im niebezpieczeństwo Stąd wzrost władzy carskiej, która pod koniec omawianego okresu czyli w drugiej połowie XVII wieku była już prawie władza absolutna. Tuż pod koniec XVII wieku ważną potrzebą Rosji stało się przeprowadzenie daleko idących reform wewnętrznych oraz uzyskanie dostępu do morza. Zadania tego podjął się Piotr I (1689 – 1725). W monarchii Piotra I wyłącznie szlachta była warstwą uprzywilejowaną, a poparcie udzielane stanowi kupieckiemu miało jedynie charakter ekonomiczny. Tylko szlachta mogła władać ziemia wraz z poddanymi, miała najszerszy dostęp do stanowisk cywilnych i wojskowych, choć car nie liczył się z pochodzeniem. Bojarstwo przestało w tym czasie istnieć jako nadawana godność i jako wydzielona grupa arystokracji feudalnej. Pozostała tylko szlachta, wśród której także rozwijało się zróżnicowanie w zależności, od majątku, stanowisk i tytułów. Przy tym wszystkim położenie szlachty uległo w praktyce pewnemu pogorszeniu. Główną przyczyną był obowiązek dożywotniego pełnienia służby wojskowej, do której obowiązany był każdy szlachcic od chwili ukończenia 15 roku życia. Wprawdzie istniała też możliwość podjęcia służby cywilnej zamiast wstąpienia do szeregów, lecz tylko dla jednej trzeciej członków rodzin szlacheckich. W skład szlachty wchodzili też coraz to nowi ludzie, obdarzani przez Piotra I szlachectwem, a czasem także tytułami książąt (jeden raz), hrabiów czy baronów. Cały system służby państwowej, cywilnej i wojskowej ujęto w jednolity schemat 14 stopni tzw. czynów, czy rang, według których mogli awansować urzędnicy i oficerowie. Awans inną drogą stawał się wykluczony. Schemat ten nazwano tabelą rang, a pojawił się w 1722 roku i przetrwał aż do upadku caratu. Najwyższą rangą cywilną był kanclerz, następną rzeczywisty tajny radca, potem tajny radca, rzeczywisty radca stanu itd. aż do najniższej, czternastej rangi pisarza kolegialnego. Rangi wojskowe określono oddzielnie dla oficerów wojska lądowego i marynarki, od generała – feldmarszałka do chorążego i od generała – admirała do miczmana. Osiągnięcie określonej rangi cywilnej bądź wojskowej dawało prawo do otrzymania szlachectwa. Istniały prócz tego jeszcze rangi dworskie: wielki szambelan, wielki marszałek dworu, wielki koniuszy, wielki ochmistrz, wielki podczaszy, łowczy itp. Rangi dworskie miały nomenklaturę niemiecką, np. wielki szambelan, to ober – kamiergier itd. Stosowanie rang w praktyce musiało zrodzić pewne osobliwości, na które zwykle nie zwraca się uwagi, np., że kanclerz nie był w Rosji urzędem, lecz czynem, czyli tytułem, przyznawanym zresztą rzadko, tylko kierownikom polityki zagranicznej, a w XIX wieku ministrom spraw zagranicznych. Po raz ostatni nadano tę rangę w roku 1867. Wprawdzie założenia tabeli rang przewidywały, iż wyszczególnione czyny oznaczają właśnie urząd, stanowisko, lecz w praktyce nastąpiło dość szybko oddzielenie niektórych tytułów od stanowisk i niejako usamodzielnienie się tych tytułów. Pociągając całą rzeszę synów szlacheckich do służby państwowej, musiano wymagać od nich sztuki czytania i pisania oraz znajomości arytmetyki, a ponieważ młodzieńcy ówcześni zbyt entuzjastycznie się do tego nie garnęli, wymyślono bardzo charakterystyczna karę, mianowicie zabroniono zawierać małżeństwa tym, którzy nie mogli się wykazać wspomnianymi umiejętnościami,. W 1714 roku Piotr I wydał dekret, na mocy, którego szlachta traciła prawo dowolnego dysponowania swoimi majątkami, gdy chodziło o przekazywanie ich w spadku. Odtąd cały majątek musiał dziedziczyć tylko jeden syn, niekoniecznie najstarszy. Rozporządzenie wydano w celu uzyskania jak najszerszego dopływu szlachty do służby państwowej. Sama szlachta nie była oczywiście zadowolona z tego zarządzenia, ani też z wielu innych, dlatego po śmierci Piotra I, potrafiła uzyskać od jego następców bardzo korzystne dla siebie rozstrzygnięcia. Restrykcje Piotra I były koniecznością historyczna, przeminęły jednak szybko i w końcu w drugiej, polowie XVIII wieku Rosja stać się miała monarchią prawdziwie szlachecką. Cały ciężar utrzymania państwa spadał nadal, podobnie zresztą jak i przedtem tak i potem, na chłopów. Chłopów obciążonych pańszczyzną i długim szeregiem innych powinności, chłopów płacących różne podatki, zmuszanych do pracy ponad siły przy budowie stolicy, dróg i kanałów. Piotr I ciągle potrzebował pieniędzy i w poszukiwaniu nowych źródeł dochodów państwowych korzystał nawet z usług specjalnych urzędników, którzy wymyślili nowe podatki. Płacono je od ilości okien, drzwi i kominów, od piwnic, młynów i łazien, od chomątków i uli w pasiekach. Ponieważ duże dochody płynęły z monopoli skarbowych(smoła, potaż), rząd wprowadził jeszcze monopol solny, tytoniowy i kilka innych. Sytuacja taka nie mogła trwać wiecznie, bo nawet urzędy nie radziły sobie z tak skomplikowanym systemem. W związku z tym przeprowadzono w 1719 roku spis ludności, była to tzw. pierwsza rewizja, a potem ustanowiono podatek pogłówny, likwidując przy tym różne podatki pobierane przedtem. Nowym podatkiem objęci zostali wszyscy chłopi państwowi i prywatni oraz mieszkańcy posadów miejskich, wprawdzie tylko płci męskiej, lecz za to nawet niemowlęta. Także chłopi mieli odtąd płacić ten podatek. W ten sposób różnice między chłopami i chłopami pańszczyźnianymi przestały praktycznie istnieć. Szlachta i duchowieństwo nie płaciły podatku pogłównego, który utrzymał się prawie do końca XIX A w Polsce u władzy zazwyczaj wciąż te same, choć wymieniające się co kilka lat, twarze… Czy to PiS, czy PO/KO – mamy w Polsce od 2005 r. rządy tych samych „starszych panów” (Tuska z chwilową tylko przerwą na Kopacz, Kaczyńskiego – rządzącego choćby nawet z tylnego siedzenia, i znów… Tuska i spółki).
{"type":"film","id":1152,"links":[{"id":"filmWhereToWatchTv","href":"/film/Per%C5%82a+w+koronie-1971-1152/tv","text":"W TV"}]} powrót do forum filmu Perła w koronie 2008-07-10 19:13:31 Wreszcie obejrzałem Perłę w koronie Kutza a słowa tej piosenki mocno utkwiły w mojej pamięci. Miejsce akcji to chyba największa zaleta filmu. Fakt że większa część filmu dzieje się w kopalni a to dodaje takiej orginalności (zapis błędny;). Usmolone twarze górników, gry i zabawy to wszystko składa się na wyjątkowy chodź taki z lekka patetyczny obraz zwycięstwa człowieka pracy nad "panami z wielkich stanów". Świetna forma ,niezła treść i dobre aktorstwo, naciągane (ale tylko troszkę;) ) 8/10

U hetmana Branickiego, u książąt: Wiśniowieckiego, Radziwiłłów, Sanguszka, Fleminga, Czartoryskich, u panów Potockich, którzy z przyczyny wielkich i rozległych po Polszcze i Litwie dóbr miewali komisarzów po kilku-nad tymi zaś jednego przełożonego, wszystkich ludzi swoje znaczne substancje mających i ziemskie urzędy

W ciągu niewielu miesięcy przebiegłem wzdłuż i wszerz całą pruską dzielnicę Polski; w dzielnicy rosyjskiej zapędziłem się niedaleko, do austryackiej wcale nie dotarłem. Ludzi poznałem co niemiara i to ze wszystkich dzielnic Polski. Co prawda, ci, których poznałem, należeli wyłącznie do stanu szlachty — i to najprzedniejszej. Jakkolwiek wszakże ciało me bawiło w kołach wyższego towarzystwa, jakkolwiek pozostawało do pewnego stopnia pod zaklęciem dostojnych panów grodzisk, — to jednak duch mój zstępował niejednokrotnie do chat pospolitego ludu. Otóż i stanowisko, z którego oceniać należy mój sąd o Polsce. W zewnętrznej fizyognomii kraju zauważyć można mało tylko szczegółów zachęcających. Tu niema efektownych grup skalnych, romantycznych wodospadów, gajów rozbrzmiewających słowiczem pieniem itp. Tu rozciągają się jedynie płaszczyzny gleby, przeważnie dobrze uprawnej, i gęste, ponure bory jodłowe. Polska żyje wyłącznie z uprawy roli i hodowli bydła; nie dostrzeżesz tu prawie ani śladu fabryk lub jakiegokolwiek przemysłu. Bardzo smutny zaś obraz przedstawiają wsi polskie, pokryte cieńkimi gontami lub trzciną. W nich żyje polski chłop z bydłem i resztą rodziny, radując się swem istnieniem. Zaprzeczyć się nie da, chłop polski ma nieraz więcej rozumu i uczucia, niż w wielu okolicach chłop niemiecki. Bardzo często u najbiedniejszego kmiotka polskiego spotykałem się z tym oryginalnym dowcipem (nie jowialnością, humorem), który przy lada sposobności pełną grą barw wytryska, i z tem marzycielsko-sentymentalnem usposobieniem, tym skrzącym przebłyskiem prawdziwie ossyanicznego poczucia natury, który zwykł wybuchać nagle pod wpływem wzruszenia — tak samo mimowoli, jak mimowoli krew oblewa policzki rumieńcem. Chłopu polskiemu miły jeszcze strój narodowy: kabat bez rękawów, sięgający niżej pasa, po wierzchu kapota jasnymi sznurami wyszywana. Ta kapota, zazwyczaj jasno niebieskiej lub zielonej barwy, jest grubym pierwowzorem wytwornych polskich okryć, jakie noszą nasi eleganci. Głowę osłania mały, krągły kapelusz, biało obramowany, ku górze zwężający się stożkowato, z przodu przystrojony w pstre wstążki lub kilku pawiemi piórami. W takim to kostyumie widzieć można chłopa polskiego, zdążającego w niedzielę do miasta, gdzie załatwiać zwykł trzy sprawy: po pierwsze, goli się, po drugie, słucha mszy świętej, po trzecie, upija się jak nieboskie stworzenie. I widzieć go można, jak dzięki tej trzeciej sprawie istotnie do błogosławionego wzniesiony stanu, z wyciągniętemi nogami i łapami spoczywa w rynsztoku, pozbawiony zmysłów. Otacza go wtedy kupa przyjaciół, którzy w żałosnem ugrupowaniu zająwszy miejsca, — nie mogą, zdaje się, zrozumieć, dlaczego ów człowiek tak mało znieść może! Bo też, co wart być może ktoś, kogo byle trzy kwaterki wódki już rzucają ziem! Ale Polacy w piciu doprowadzili istotnie do nadludzkiej doskonałości. — U chłopa konstytucya ciała jest silna; zbudowany doskonale, wygląda na urodzonego żołnierza, a włosy ma zwyczajnie jasne, i najczęściej dozwala im opadać w długich kędziorach. Tej okoliczności przypisać należy tak częste u chłopów pojawianie się kołtuna (Plica polonica), bardzo sympatycznej choroby, którą zapewne i my kiedyś pobłogosławieni będziemy, gdy noszenie długich włosów rozpowszechni się w niemieckich ziemiach. Wprost oburza poddańcze zachowanie się chłopa wobec szlachcica. Pochyla on głowę prawie do stóp jasnego pana i wypowiada przytem formułkę: „Całuję stopy.“ Kto chce widzieć uosobienie pokory, niechaj popatrzy na chłopa polskiego, gdy stoi wobec szlachcica; brakuje mu tylko psiego ogona, którym mógłby kiwać na wszystkie strony. We mnie na taki widok budzi się mimowoli myśl: „A wszakże Bóg stworzył człowieka na swe podobieństwo!“ — i doznaję niewypowiedzianego bolu z powodu takiego płaszczenia się jednego człowieka przed drugim. Tylko przed królem godzi się korzyć; poza tym jednym wyjątkiem podzielam w zupełności północno-amerykański katechizm. Nie przeczę, że mi nierównie milsze drzewa w polu, niż drzewa genealogiczne; że prawa ludzkie wyżej cenię, niż prawo kanoniczne, a przykazania rozsądku stawiam ponad abstrakcyami krótkowidzących historyków; jeśliby mnie wszakże kto zapytał, czy chłop polski naprawdę jest nieszczęśliwy i czy polepszy się jego położenie, gdy teraz z uciśnionych poddanych powstaną sami własnowolni gospodarze, to musiałbym chyba skłamać, gdybym bezwzględnie twierdzącą dał odpowiedź. Jeśli uprzytomnimy sobie pojęcie szczęścia jako zawisłe od różnych stosunków i jeśli zechcemy przyznać, że bynajmniej nieszczęściem nie jest, całymi dniami pracować, nie zaznając żadnych wygód, których się nie zna, — to trzeba przyznać, że polski wieśniak nie jest we właściwem tego słowa znaczeniu nieszczęśliwym; tem bardziej nim nie jest, że nic nie posiada, a przeto życie upływa mu bez troski, co przecie wielu uważa za szczyt szczęścia. Ale niech mnie nikt nie posądza o ironię, jeśli powiem, że gdyby teraz nagle uczyniono polskich chłopów wolnymi posiadaczami, to znaleźliby się oni niezawodnie w najprzykrzejszem położeniu i niejeden z nich popadłby w ostateczną nędzę. Stało się to drugą chłopa naturą, nie troszczyć się o nic, źle więc zawiadowałby on swą posiadłością, a gdyby go nadomiar spotkało jakie nieszczęście, przepadłby z kretesem. Obecnie wrazie nieurodzaju musi szlachcic obdzielić swych poddanych zbożem; byłoby to bowiem jego własną stratą, gdyby chłop zginął z głodu lub nie miał czem obsiać pola. Z tej samej przyczyny dostanie chłop od pana jałówkę lub byczka, gdy mu własne bydło wyzdycha. Pan też daje chłopu w zimie drzewo na opał; pan posyła po lekarza i leki gdy zachoruje chłop, lub jego rodzina; słowem: pan występuje nieustannie jako opiekun chłopa. Przekonałem się zaś, że przeważna liczba szlachty wykonywa tę opiekę sumiennie i z prawdziwą miłością; przekonałem się, że szlachta wogóle obchodzi się z chłopami łagodnie i dobrotliwie; przynajmniej rzadko spotyka się resztki dawnej surowości. Wielu szlachty wprost życzy sobie uwłaszczenia chłopów. Największy człowiek, jakiego wydała Polska i który dotąd żyje w sercach wszystkich, Tadeusz Kościuszko, był gorącym szermierzem emancypacyi ludu, a zasady tego ulubieńca wszystkich niepostrzeżenie wnikają w umysły. Przytem doktryny francuskie, które w Polsce krzewić łatwiej, niż gdziekolwiek indziej, mają również ogromny wpływ na położenie ludu wiejskiego. A więc nie dzieje się zbyt źle owym chłopom i spodziewać się należy, że zwolna przyjdzie do skutku ich uwłaszczenie. Także rząd pruski zdaje się stosownemi zarządzeniami zdążać stopniowo do tego celu. Oby ta dobrotliwa powolność przyniosła jak najlepsze owoce; pewniejsza ona, w danej zaś chwili pożyteczniejsza, niźli niszczycielski pośpiech. Ale i on bywa niekiedy pożyteczny, choćby jak się go potępiało. Pomiędzy chłopem a szlachcicem stoją w Polsce żydzi. Tworzą oni przeszło jedną czwartą część ogółu ludności i uprawiają najrozmaitsze interesy tak, że można ich nazwać trzecim stanem Polski. Nasi więc fabrykanci kompendyów statystycznych, którzy do wszystkiego przykładają miarę niemiecką, a przynajmniej francuską, niesłusznie twierdzą, że Polsce brak t. zw. tiers état, ponieważ tam ów stan ostrzej od innych jest oddzielony, ponieważ jego członkowie w niezrozumieniu starego zakonu lubują się i ponieważ zewnętrznie daleko im jeszcze do ideału dobrodusznego mieszczuchostwa na modłę tego typu, który sub specie rzeskiej filisterskości przedstawiają tak wdzięcznie, w tak odświętnem przystrojeniu norymberskie wydawnictwa kieszonkowe dla kobiet. Widzicie przeto, że żydzi w Polsce z mocy stanowiska i liczebności mają większe państwowo-ekonomiczne znaczenie, niźli u nas w Niemczech, i że chcąc o nich powiedzieć to, na co zasługują, nie wystarcza wspaniały pogląd wzięty na kredyt u sentymentalnych powieściopisarzy Północy, lub przyrodniczo-filozoficzna, ideowa głębia genialnych kupczyków umysłowości Południa. Powiedziano mi, że żydzi W. Księstwa co do wykształcenia zajmują niższy stopień, aniżeli ich bardziej na wschód wysunięci współwyznawcy; dlatego też nie mogę powiedzieć nic pewnego wogóle o polskich żydach i wolę ciekawych odesłać raczej do pracy Dawida Friedländera: „O poprawie Izraelitów (żydów) w Królestwie polskiem (Berlin 1819)“. Od czasu pojawienia się tej książki, napisanej — jeśli pominiemy brak należytego uznania dla zasług i moralnego wpływu rabinów, — z niezwykłą miłością prawdy i bliźnich, stan polskich żydów nie uległ prawdopodobnie żadnym szczególnym zmianom. W W. Księstwie mieli niegdyś, jak zresztą w całej Polsce, zajmować się wyłącznie oni wszystkiemi rękodziełami; teraz wszakże nadciąga z Niemiec wielu chrześcijańskich rzemieślników, a także polscy wieśniacy znajdują coraz więcej upodobania w różnych rzemiosłach. Rzecz tylko osobliwa, że taki pospolity Polak bywa zazwyczaj szewcem, piwowarem lub gorzelnikiem. W Chwaliszewie, przedmieściu Poznania, widziałem co drugi dom przyozdobiony szyldem szewca, tak, że przypomniało mi się miasteczko Bradford w Szekspira „Polowym z Wakefieldu“.[1] W pruskiej Polsce żyd, który się nie wychrzci, nie może uzyskać państwowej posady urzędniczej; natomiast w Polsce rosyjskiej dopuszcza się żydów także do wszystkich urzędów państwowych, ponieważ uważają to tam za rzecz pożyteczną. Zresztą arszeniku w tamtejszych kopalniach nie przesublimowano jeszcze na hyper-pobożną filozofię, a wilków w staropolskich lasach nikt jakoś nie wyuczył dotąd, wyć historycznymi cytatami... Należałoby pragnąć, by rząd nasz z pomocą odpowiednich środków wetchnął w żydów W. Księstwa więcej zamiłowania do rolnictwa; żydowskich bowiem rolników ma tam być bardzo mało. W Polsce pod berłem rosyjskiem spotyka się ich często. Niechęć do pługa miała u polskich żydów stąd powstać, że widzieli niegdyś pańszczyznianego chłopa w stanie pozornie tak bardzo opłakanym. Jeśli stan włościański podniesie się obecnie, to także żydzi chwycą się pługa. — Z małymi wyjątkami wszystkie gospody pozostają w rękach żydowskich, a liczne żydowskie gorzelnie przynoszą krajowi wiele szkody, podają bowiem chłopom sposobność i zachętę do opilstwa. Ale wykazałem już powyżej, jak to raczenie się wódką należy do sposobów uszczęśliwiania chłopstwa. — Każdy szlachcic ma na wsi lub w mieście żyda, którego nazywa faktorem, i który załatwia dlań wszystkie komisy, zakupna, sprzedaże, zasięga informacyi itd. To bardzo oryginalne urządzenie najlepiej wskazuje, jak bardzo szlachta polska zamiłowana jest w wygodzie. Pod względem zewnętrznym przedstawiają się żydzi polscy wprost okropnie. Ciarki przechodzą mi po plecach, gdy sobie przypomnę, jak to za Międzyrzeczem po raz pierwszy obaczyłem wieś polską zamieszkałą przeważnie przez żydów. Nawet „W-ski Tygodnik“, choćby na papkę rozgotowany nie mógłby mnie z równą energią pobudzić do ejekcyj, jak widok tych obdartych, brudnych postaci; nie udręczyłaby też mych uszu w takiej mierze rozdzierająco mówka uczniaka rozpłomienionego miłością gimnastyki i ojczyzny, jak żydowski żargon. Mimoto wstręt ustąpił wkrótce miejsca współczuciu, gdym przypatrzył się bliżej doli tych ludzi i kiedym obaczył podobne do chlewów nory, w których oni mieszkają, szwargoczą, modlą się, szachrują i — klepią biedę. Ich język jest niemczyzną, przetykaną hebrajszczyzną, a ujętą w fason polski. W bardzo dawnych czasach skutkiem prześladowań religijnych wywędrowali z Niemiec do Polski; Polacy bowiem w podobnych wypadkach odznaczali się zawsze tolerancyą. Gdy pobożnisie doradzali jednemu z królów polskich, by protestantów polskich zmusił do powrotu na łono katolicyzmu, odpowiedział on: „Sum rex populorum, sed non conscientiarum!“ — Żydzi wnieśli do Polski pierwsi handel i przemysł, za co Kazimierz Wielki obdarzył ich rozległymi przywilejami. Zdaje się, że byli oni znacznie bliżsi szlachcie, aniżeli chłopom; wedle bowiem starej ustawy żyd przez przejście na chrześcijaństwo eo ipso zyskiwał szlachectwo. Nie wiem, czy i dlaczego ta ustawa została zniesiona i co z tych dwu rzeczy straciło na swej wartości. — W owych dawnych czasach żydzi pod względem kulturalnym i co do wykształcenia z pewnością górowali nad szlachcicem, który uprawiał jedynie surowe rzemiosło wojenne, a nie miał jeszcze francuskiej ogłady. Oni zaś, żydzi, zajmowali się przynajmniej swemi hebrajskiemi księgami z zakresu naukowego i religijnego, z powodu których właśnie musieli porzucić ojczyznę i wygodne życie. Widocznie jednak żydzi nie dotrzymali kroku europejskiej kulturze, a świat ich duchowy zabagnił się niefortunnymi zabobonami, które przemyślna scholastyka gwałtem wciska w tysiączne przedziwne formy. A jednak, mimo barbarzyńskiej czapki futrzanej osłaniającej jego głowę i mimo jeszcze bardziej barbarzyńskich idei głowę tę wypełniających, szanuję polskiego żyda nierównie wyżej, niż niejednego niemieckiego z boliwarem na głowie i Jean Paulem w głowie. Charakter polskiego żyda, skazanego na zupełne odosobnienie, stał się zwartą całością; wciągając w swe płuca tchnienie tolerancyi, nabrał ów żyd piętna swobody. Człowiek ten wewnątrz siebie nie wytworzył kwodlibetowej mieszaniny różnorodnych uczuć i nie zmarniał, bo nie był skazany na duszenie się w ciasnych murach żydowskich ulic Frankfurtu, w arcymądrych ordynacyach miejskich i miłościwych ograniczeniach prawnych. Polski żyd w brudnym swym chałacie, z zaludnioną robactwem brodą, z odorem czosnku i szwargotem, milszy mi jeszcze, niżli niejeden z potentatów żydowskich ukazujących się w całej wspaniałości państwowych obligów. Jak już wyżej zaznaczyłem, nie szukajcie w tym liście opisów czarującej przyrody, wspaniałych dzieł sztuki i tp., tylko ludzie i to najszlachetniejszy ich gatunek, szlachta, zasługują tu w Polsce na uwagę podróżnika. I zaprawdę, dochodzę do przekonania, że jeśli zobaczy się dzielnego, prawdziwego polskiego szlachcica, lub nadobną, szlachetną Polkę w ich istotnej świetności, dusza musi uradować się tak samo, jak np. widokiem romantycznego zamczyska na skałach lub marmurowej Medycejki. Dostarczyłbym wam chętnie charakterystyki polskiej szlachty, a byłby to bardzo cenny mozajkowy zlepek przymiotników: gościnny, dumny, odważny, zwinny, fałszywy (tego żółtego kamyczka nie powinno żadną miarą brakować!), draźliwy, skłonny do entuzyazmu, do hazardu, do używania życia, wspaniałomyślny i zuchwały. Ale nazbyt często sam występowałem przeciwko naszym pismakom broszur, którzy widząc skaczącego tancmistrza paryskiego, na poczekaniu klecą charakterystykę narodu a obaczywszy grubego kupca bawełny z Liverpolu, jak ziewa, na miejscu ferują sąd o narodzie. Te ogólnikowe charakterystyki są źródłem wszystkiego złego. Nie wystarczy życia ludzkiego, by poznać charakter jednego, jedynego człowieka, a z milionów jednostek składa się naród. Tylko w takim razie, gdy przypatrzymy się dziejom pewnego człowieka, dziejom jego wychowania i jego życia, można będzie pojąć poszczególne rysy jego charakteru. U klas ludzi, których poszczególni członkowie skutkiem wychowania i życia nabierają tego samego kierunku, muszą dać się zauważyć niektóre uderzające rysy charakteru; tak właśnie sprawa ma się ze szlachtą polską i tylko z tego punktu widzenia da się coś ogólnego powiedzieć jej charakterze. O wychowaniu wszędzie i zawsze rozstrzygają momenty miejsca i czasu, gleba i dzieje polityczne. W Polsce to pierwsze ma większą wagę, niż gdziekolwiek indziej. Polska leży między Rosyą a — Francyą. Leżących przed Francyą Niemiec nie liczę, ponieważ znaczna część Polaków uważała Niemcy za szerokie bagno, które jak najrychlej należy przeskoczyć, aby dostać się do błogosławionej krainy, gdzie najdelikatniejsze fabrykuje się obyczaje i pomady. Polska była skutkiem tego narażoną na najrozmaitsze wpływy. Naciskała na nią barbarya od wschodu skutkiem wrogiego zetknięcia z Rosyą; od zachodu zaś wciskała się hyper-kultura skutkiem przyjaźnych stosunków z Francyą. Stąd owa dziwna mieszanina cywilizacyi i barbarzyństwa w charakterze i domowem życiu Polaków. Nie twierdzę wprawdzie, jakoby wszelkie barbarzyństwo nadciągnęło ze wschodu, znaczna część jego była snać nagromadzona już w samym kraju; ale w ostatnich czasach ów napływ z zewnątrz był bardzo widoczny. Na charakter polskiej szlachty oddziaływało przedewszystkiem życie wiejskie. Mało który szlachcic wychowuje się w mieście; chłopcy z tej warstwy społecznej pozostają zwykle u krewnych na wsi, aż dorosną i dzięki — niezbyt usilnym zresztą — staraniom ochmistrza, lub też niezbyt długiej edukacyi szkolnej, albo wreszcie dzięki samej tylko poczciwej naturze staną się zdolnymi do służby wojennej, lub do uczęszczania na uniwersytet, albo też otrzymają od liżącej niedźwiedzie Lutecyi namaszczenie najwyższego stopnia kultury. Ponieważ nie wszystkim im los oddaje te same środki do rozporządzenia, rzecz więc jasna, że niezamożną szlachtę odróżniać należy od szlachty bogatej i od magnatów. Pierwsi żyją częstokroć w całem tego słowa znaczeniu nędznie, prawie jak chłopi i nie mają też szczególnych pretensyi do kultury. Pomiędzy szlachtą zasobną i magnateryą nie zachodzą jaskrawe różnice, obcemu trudno ich nawet dostrzedz. Godność szlachecka (civis polonus) sama w sobie ma tę samą rozległość i tę samą wewnętrzną wartość u najbogatszego, czy u najbiedniejszego szlachcica. Z nazwiskami wszakże rodów, które zdawien dawna odznaczały się posiadaniem wielkich dóbr i szczególnemi zasługami obok państwa, wiąże się charakter wyższego dostojeństwa. Szlachta tej kategoryi ma wspólne miano magnatów. Czartoryscy, Radziwiłłowie, Zamoyscy, Sapiehowie, Poniatowscy, Potoccy itd., uważani są za polską szlachtę na równi z byle biednym szlachetką, który chodzi może za pługiem; mimo to de facto, jakkolwiek nie de nomine, są wyższą szlachtą. Ich powaga jest nawet silniej ugruntowana niż powaga naszej szlachty, ponieważ ludzie ci sami ponadawali sobie godności i ponieważ drzewo ich rodowe noszą w głowie nie tylko wysznurowane stare panny, lecz cały naród. Nazwanie „starosta“ spotyka się dziś już rzadko i stało się ono czczym tytułem. Samym tylko tytułem jest u Polaków również miano „hrabia“, a tytuły tego rodzaju pochodzą tylko od Prus i Austryi. O dumnem zachowaniu się szlachty wobec mieszczaństwa nic w Polsce niewiadomo; taka duma wytworzyć się mogła jedynie w krajach, w których istnieje możny a pełen pretensyi stan mieszczański. Dopiero wówczas, gdy chłop polski pocznie kupować dobra a żyd polski pozbędzie się swej służalności wobec szlachcica, może w tym ostatnim obudzić się duma rodowa. Oznaczałaby ona w takim razie postęp kraju. Ponieważ zaś żydzi postawieni tu są wyżej od chłopów, pierwsi więc oni musieliby wejść w kolizyę ze szlachecką dumą; ale jeśli do tego dojdzie, otrzyma ona niezawodnie jakąś bardziej religijną nazwę. Ten pobieżnie tylko nakreślony charakter polskiego szlachectwa, jak sobie wyobrazić można, najwięcej przyczynił się do tak dziwnego ukształtowania się politycznych dziejów Polski, a znowu i wpływ dziejów na wychowanie Polaków, zatem i na ich charakter narodowy, był może jeszcze donioślejszy, aniżeli wspomniany już wpływ ziemi. Skutkiem idei równości rozwinęła się u polskiej szlachty owa duma narodowa, która nas często wprawia w zdumienie swą wspaniałością, która nas równie często gniewa z powodu lekceważenia Niemców i która pozostaje w tak jaskrawem przeciwieństwie do przymusowej skromności. Z owej równości właśnie rozwinęła się znana ambicya w wielkim stylu, ożywiająca maluczkich tak samo jak potentatów i tak często wzbijająca się aż ku szczytom władzy; Polska bowiem najdłużej była państwem elekcyjnem. Panowanie — oto był ów słodki owoc, ku któremu każdy Polak wyciągał ręce. Nie orężem duchowym pragnął go zdobyć, tą bowiem drogą dochodzi się za powoli do celu; raczej jednem cięciem miecza od razu wejść w posiadanie słodkiego owocu! Tak się tłumaczy znane zamiłowanie Polaków w stanie wojskowym, ku któremu pociągał ich gwałtowny, skłonny do waśni charakter; stąd u Polaków nie brak dzielnych żołnierzy i generałów, lecz mało jest wytrawnych mężów stanu, a jeszcze mniej uczonych, którzy zdobyliby sobie rozgłos. Miłość ojczyzny jest dla Polaków owem wielkiem uczuciem, w którem spływają się wszystkie inne, jak rzeki w morzu; a przecie ojczyzna ta nie odznacza się szczególnie pociągającą fizyognomię. Pewien Francuz, który tej miłości nie mógł pojąć, patrząc na posępną, bagnistą okolicę polskiego kraju, kopnął ziemię obcasem, potrząsnął głową, a z ust wyrwał mu się okrzyk: „I to nazywają te szelmy ojczyzną!“ Ale nie z samej tylko ziemi, raczej z walki o niepodległość, ze wspomnień historycznych, z nieszczęścia wyłoniła się u Polaków ta miłość ojczyzny. Goreje ona dotąd tym samym żarem, co za czasów Kościuszki, a może nawet jeszcze potężniej. Prawie do śmieszności wielbią Polacy obecnie wszystko, co ojczyste. Jak konający w bezgranicznej trwodze broni się przeciwko śmierci, tak oburza się ich dusza i stawia opór wszelkiej myśli o zagładzie ich narodowości. Okropny zaprawdę widok: te drgawki konania polskiego organizmu narodowego! Ale wszystkie ludy Europy i całego świata przetrwać będą musiały ową walkę śmiertelną, by u śmierci wyłoniło się życie, z pogańskiej idei narodowościowej chrześcijańskie braterstwo. Nie przechodzi mi przez myśl, by zatrzeć się miały wszelkie piękne odrębności, w których miłość odzwierciedla się najchętniej; myślę tu o powszechnem zbrataniu ludów, o pierwotnem chrześcijaństwie, do którego my, Niemcy, najusilniej dążymy i które najpiękniej określili najszlachetniejsi rzecznicy naszego ludu: Lessing, Herder, Schiller i inni. Do tego ideału Polakom tak samo, jak i nam, jeszcze daleko. Znaczna ich część żyje całą duszą w formułkach katolicyzmu, nie przeczuwając nawet niestety — wielkiego ducha tych formułek i ich teraźniejszego przejścia na teren dziejów powszechnych; część przeważna natomiast zaciągnęła się pod sztandar francuskiej filozofii. Nie zamierzam ich tu bynajmniej szkalować; zdarzają się chwile, gdy ich uwielbiam, ja sam do pewnego stopnia jestem dziecięciem tej filozofii. A jednak zdaje mi się, że brak jej rzeczy głównej: miłości. Gdzie ta gwiazda nie świeci, tam noc panuje, choćby nawet wszystkie światła encyklopedyi rozsypały snopy brylantowych iskier. — A jeśli Ojczyzna pierwszem, to wolność jest drugiem słowem Polaka. Piękne słowo! Obok miłości niezawodnie najpiękniejsze! Ale też obok miłości jest ono słowem, co do którego najczęstsze zachodzą nieporozumienia i dla określenia którego najczęściej służyć muszą rzeczy owemu słowu wprost przeciwne. Tu właśnie zachodzi taki wypadek. Wolność w pojęciu przeważnej liczby Polaków to nie ów boski ideał Waszyngtona; tylko część niewielka, tylko mężowie, jak Kościuszko, pojęli go i pojęcie to usiłowali rozkrzewić. Wielu wprawdzie z entuzyazmem rozprawia o wolności, ale nic nie czynią dla uwłaszczenia swych chłopów. Wyraz „wolność“ rozbrzmiewający tak pięknie i tak pełnym dźwiękiem w polskiej historyi, był jedynie hasłem elekcyjnem szlachty, która starała się jak najwięcej praw uszczknąć królowi, by powiększyć moc swą własną i tym sposobem zwiększyć bezrząd. C’était tout comme chez nous, bo wszakże i niemiecka wolność nie była ongi niczem innem, jak sposobem uczynienia z cesarza żebraka, aby szlachta mogła tem bardziej opływać we wszystko i tem samowolniej panować; i musiało zginąć państwo, w którem naczelnik przywiązany był do swego stołka, w końcu zaś drewniany już tylko miecz dzierżył w dłoni. Doprawdy, historya Polski jest miniaturową historyą Niemiec; tylko że w Polsce możni nie oderwali się tak gruntownie od głowy państwa, nie nadali sobie tyle co u nas samoistności, i że niemiecka rozwaga dozwoliła przecie odrobinie ładu wpełznąć na żółwich stopach w anarchię. Gdyby Lutrowi, wybrańcowi Boga i Katarzyny, wypadło było stanąć przed sejmem krakowskim, to z pewnością nie dozwolonoby mu tak spokojnie, jak w Augsburgu, wypowiedzieć swych myśli. Jakoż zasada burzliwej wolności, acz może lepsza ona od spokojnego służalstwa, strąciła Polskę w przepaść. Ale zdumienie nas ogarnia, gdy się widzi, jak potężny wpływ wywiera na Polaków sam już ów wyraz „wolność“: płoną i goreją, słysząc, że gdziekolwiek o wolność toczą się boje, płomienne spojrzenie zwracają ich oczy ku Grecyi i południowej Ameryce. Ale w Polsce, jak już wspomniałem, ucisk wolności rozumieją jedynie jako ograniczenie praw szlacheckich, lub nawet — choćby powolne — zrównanie stanów. My lepiej znamy się na tem; swobody muszą ustąpić tam, gdzie ma nastać powszechna, ustawą poręczona wolność. Teraz jednakże klęknijcie, a przynajmniej uchylcie kapelusza — mówić chcę o kobietach Polski. Mój duch buja nad brzegami Gangesu i szuka najsubtelniejszych, najmilszych kwiatów, aby je porównać z owemi kobietami. Ale czemże wobec tych nadobnych wszystkie powaby malik, kuwalai, oszad, karabów nagakesarów, świętych lotosuów jak się tam kwiaty owe wszystkie zwą — kamalaty, pedmy, kamale, tamale, syrysze i t. d.!!! Gdybym miał pendzel Rafaela, melodye Mozarta, wysłowienie Kalderona, to może udałoby mi się wyczarować w waszych piersiach uczucie, jakiego doznalibyście, jeśliby prawdziwa Polka z krwi i kości, jeśliby ta Afrodyta nadwiślańska zjawiła się wam przed błogosławionym wzrokiem. Ale czemże plamy barwne pendzla Rafaelowskiego wobec tych obrazów na ołtarzu piękna — wobec tych piękności, które żywy Pan Bóg nakreślił radośnie w najweselszych snać swoich chwilach! Czemże Mozartowskie brzdąkania w porównaniu ze słowami — istne nadziewane bonbonki dla duszy, — które z różanych usteczek takiej słodkiej istoty ulatują! I czem są wszystkie Kalderonowskie gwiazdy na niebie a kwiaty na ziemi wobec tej pięknej, którą też prawdziwie po Kalderonowsku nazywam aniołem ziemskim, gdyż aniołów niebiańskich nazywam na odwrót Polkami nieba. Tak, mój drogi, kto spojrzy w ich oczy gazeli, wierzy w niebo, choćby należał do najgorętszych zwolenników barona Holbacha. Jeśli mam mówić o charakterze Polek, to zauważę jedynie: one są kobietami! A któżby zdobył się na tyle odwagi, by określić charakter kobiecy! Powszechnie ceniony doradca światowy ten sam, który o „Charakterach kobiecych“ napisał 10 tomów in octavo zastał w końcu własną żonę w militarnych objęciach. Nie chcę przez to powiedzieć, jakobym kobietom wogóle odmawiał charakteru. Jako żywo nie! Mają go one raczej za wiele, mają co dnia inny charakter. Nie jest również mym zmiarem potępiać tej nieustannej zmiany charakteru. Charakter tworzy się z systemu stereotypowych zasad. Jeśli one są błędne, to całe życie człowieka, który systematycznie ułożył je sobie w duchu, będzie jednym wielkim, długo ciągnącym się błędem. Chwalimy to, powiadamy, że pewien człowiek „ma charakter“, jeśli działa wedle stałych zasad, a nie bierzemy na uwagę, że w takim człowieku zaniknęła wolna wola, że jego duch nie czyni postępów i że on sam stał się sługą swych zatęchłych myśli. Zwiemy również konsekwencyą, jeśli ktoś pozostaje przy tem, co raz na zawsze ułożył w sobie i co sobie powiedział; mamy też dość tolerancyi, by podziwiać głupców i usprawiedliwiać łotrzyków, jeśli można o nich powiedzieć, iż działali konsekwentnie. Ale to moralne samoujarzmienie spotyka się prawie wyłącznie u mężczyzn; w umysłowości kobiecej utrzymuje się ciągle żywy i w coraz żywszym ruchu element wolności. Co dnia zmieniają one swe poglądy na świat, najczęściej nie zdając sobie z tego sprawy. Wstają rano jak niewinne dzieci, budują sobie w południe pewien system idei, który jak karciane domki rozpada się wieczorem. Jeśli dzisiaj mają złe zasady, to ręczę, jutro będą ich zasady jak najlepsze. Sądy swe zmieniają równie często, jak toalety. Jeśli w ich umyśle brak przewodniej myśli, to następuje stan najucieszniejszy, interregnum usposobienia. A usposobienie, temperament, to właśnie u kobiet najczystsza moc i najpotężniejsza; ona prowadzi je pewniejszą drogą, niżli nas, mężczyzn, latarnie rozumowych abstrakcyi. Nie myślcie wszakże, jakobym chciał tu występować jako advocatus diaboli — i nadomiar złego pochwałami obsypywać kobiety za ów brak charakteru, który nasze żółtodzióbki i szarodzióbki — jedni w imię Amora, drudzy przez Hymena nękani — obierają sobie za przedmiot tylu skarg i westchnien! I to trzeba mieć na uwadze, że w tym ogólnikowym sądzie o kobietach miałem głównie Polki na myśli, niemieckie zaś kobiety są pół na pół z pod owej opinii wyjęte. Cały naród niemiecki dzięki wrodzonemu darowi zagłębiania się w sobie ma szczególne warunki dla wyrobienia silnego charakteru, a coś niecoś dostało się z tego również kobietom. Z biegiem czasu owa odrobina kondensuje się coraz silniej tak, że u kobiet średniowiecza t. j. u takich, które osiągnęły czterdziestkę, stwierdzić można wcale grubą, łuskami pokrytą, zrogowaciałą powłokę charakteru. Nieskończenie różne od niemieckich kobiet są Polki. Przypisać to należy słowiańskim właściwościom wogóle, a specyalnie polskiemu obyczajowi. Nie myślę dawać Polce pierwszeństwa przed Niemką pod względem powabu — nie dadzą się one wcale porównać. Któż zechce stawić Wenerę Tycyana ponad Maryę Correggia? W słonecznej rozkwieconej dolinie obrałbym sobie Polkę za towarzyszkę; w noc księżycową w alei lipowej wolałbym znaleść się przy boku Niemki. Pragnąłbym również odbyć podróż przez Hiszpanię, Francyę i Włochy w towarzystwie Polki; do wspólnej jednakowoż podróży przez życie obrałbym sobie Niemkę. Wzorów zatopienia się w życiu domowem, w wychowaniu dzieci, w świętobliwej pokorze i we wszystkich cnotach niewiasty niemieckiej niewiele znajdzie się wśród Polek. Ale i u nas owe cnoty domowe kwitną głównie w sferach mieszczańskich i u tej części szlachty, która pod względem obyczajów i aspiracyi przyłączyła się do mieszczaństwa. U reszty niemieckiej szlachty w wyższym jeszcze stopniu dotkliwiej brakuje wspomnianych cnót domowych, aniżeli wśród polskich kobiet stanu szlacheckiego. U tych nie zdarza się przynajmniej, by wspomnianemu brakowi przypisywano nawet pewną wartość. A takie miewa wyobrażenie z pewnością niejedna dama niemiecka ze szlacheckiego rodu. Zwłaszcza wyobrażają to sobie damy tej kategoryi, jeśli nie mają dość siły monetarnej i duchowej, aby wznieść się ponad poziom sfer mieszczańskich. Próbują one wówczas wyróżnić się przynajmniej tym sposobem, że okazują pogardę mieszczańskim cnotom, a pielęgnują arystokratyczne wady, co zresztą nic nie kosztuje. Polskie panie dumą rodową nie grzeszą i żadnej panience ani w głowie, budować coś na tem, iż przed kilkuset laty jej przodek, rycerz rozbójnik uszedł — zasłużonej karze. Uczucie religijne posiada większą głębię u Niemek, aniżeli u Polek. Te żyją więcej na zewnątrz niż wewnętrznie; są to wesołe dzieci, żegnające się przed świętym obrazem, przebiegające przez życie jakby to była redutowa sala, a przytem śmieją się i tańczą i są czarujące. Tego lekkiego sposobu myślenia Polek nie mogę nazwać ani lekkomyślnością, ani nawet pustotą. Podsycają go w znacznej mierze polska lekkość obyczajów, łączący się z nimi lekki ton francuski, lekki język francuski, którym Polacy posługują się chętnie jakby drugim językiem ojczystym, nakoniec lekka literatura francuska, której deser, romanse, Polki, rzec można, połykają; co do czystości obyczajów zresztą jestem przekonany, że Polki wcale nie ustępują Niemkom. Wyuzdanie kilku magnatek polskich zwracało na siebie różnymi czasy powszechną uwagę, a gmin nasz, jak miałem już sposobność wspomnieć, nie waha się oceniać całego narodu z kilku brudnych egzemplarzy, które nasuną mu się przed oczy. Zważyć przytem trzeba, że Polki są bardzo urodziwe, a piękne kobiety z wiadomych przyczyn najbardziej narażone bywają na szpetną obmowę i nie unikną jej nigdy, jeśli żyją jak Polki, rozkosznie, wesoło, bez krępowania się czemkolwiek. Wierzcie mi: w Warszawie żyje się niemniej cnotliwie, niż w Berlinie, tylko że fale Wisły burzą się nieco gwałtowniej, niźli ciche, grzązkie wody Sprewy. Od kobiet przechodzę do politycznego nastroju Polaków i przyznać muszę, że u tego egzaltowanego narodu na każdym kroku widzi się, jaki ból rozpiera piersi polskiego szlachcica, gdy rzuci wzrokiem na wydarzenia lat ostatnich. Nawet nie—Polakowi trudno stłumić współczucie, skoro wyliczać zacznie to mnóstwo politycznych ciosów, które w tak krótkim przeciągu czasu spadły na Polskę. Wielu naszych dziennikarzy z największym spokojem pozbywa się tego uczucia, bez namysłu prawiąc: „Polacy swą niezgodą sami na się los ten ściągnęli, więc też trudno ich żałować.“ Co za niedorzeczna wymówka! Nie może zawinić żaden naród pojęty jako całość; jego postępki są wynikiem wewnętrznej konieczności, a jego losy są wynikiem postępków. Badaczowi nasuwa się myśl wyniosła, że dzieje (przyroda, Bóg, przeznaczenie itd.) podobnie jak zapomocą jednostek, tak też i przez całe narody zdążają do jakichś wielkich celów i że niektóre narody muszą cierpieć, by całość zachowaną została i coraz świetniej kroczyła naprzód. Polacy, lud graniczny u wrót germańskiego świata, już z mocy samego swego położenia byli powołani specyalnie do spełnienia pewnych zadań światowych. Ich moralna walka przeciwko zagładzie narodu polskiego wywoływała zawsze zjawiska, pod wpływem których zmieniał się charakter całego narodu, a które nie pozostały bez wpływu także na charakter ludów sąsiednich. — Charakter Polaków miał dotąd militarne piętno, co zresztą wyżej już zaznaczyłem; każdy Polak był żołnierzem i cała Polska stanowiła jakby jedną wielką szkołę wojenną. Teraz jednak tak już nie jest; bardzo niewielu tylko Polaków zaciąga się w szeregi wojskowe. Ale młódź polska domaga się zajęcia, i oto znaczny jej zastęp obiera zupełnie inne pole, niż służbę wojskową mianowicie — pracę naukową. Wszędzie widać objawy tego nowego kierunku; znajdując poparcie w stosunkach lokalnych i w duchu czasu, w ciągu lat kilku dziesięciu, jak już zaznaczyłem, zmieni on do niepoznania cały charakter narodu. Jeszcze niedawno widzieć można było w Berlinie ten pocieszający napływ młodych Polaków, którzy szlachetną żądzą wiedzy kierując się, ze wzorową pilnością wtargnęli we wszelkie dziedziny nauk, a ze szczególnem zamiłowaniem zaczerpywali filozofię u źródła, w sali wykładowej Hegla, teraz zaś skutkiem nieszczęsnych zdarzeń usunęli się z Berlina. Pocieszającą jest również oznaką, że Polacy porzucają zwolna swe ślepe zamiłowanie do literatury francuskiej, że uczą się odpowiednio cenić zbyt długo zapoznawaną a o tyle głębszą literaturę niemiecką i jak wyżej wspomniano, rozlubowują się w najgłębszym z niemieckich filozofów. Ten ostatni szczegół dowodzi, że zrozumieli ducha czasu, którego znamieniem i dążnością jest wiedza. Wielu Polaków uczy się obecnie niemczyzny i mnóstwo dobrych dzieł niemieckich przekłada się na polskie. Zasługa to poniekąd także patryotyzmu. Polacy boją się całkowitej zguby swego narodu; widzą oni, ile zdziałać można dla zachowania go, zapomocą literatury narodowej i (acz to brzmieć może opacznie, to jednak jest prawdą, co poważnie mówiło mi wielu Polaków) w Warszawie pracuje się — nad polską literaturą. Nazwać to oczywiście należy wielkiem nieporozumieniem, jeśli sądzi się, że literaturę, która organicznie wyłonić się musi z całego narodu, można wyhodować w literackiej cieplarni stołecznej przez stowarzyszenie uczonych; ale zrobiono przecie początek dzięki tym dobrym chęciom, a wspaniale rozkwitnąć musi piśmiennictwo, które uważa się za sprawę narodową. Niezawodnie musi ów impuls patryotyczny pociągać za sobą także pewne błędy, zwłaszcza w poezyi i dziejopisarstwie. Poezya nabierze rewolucyjnego charakteru, lecz pozbędzie się francuskiego kroju, a natomiast zbliży się do niemieckiego romantyzmu. — Pewien drogi przyjaciel Polak, aby mnie podraźnić, powiedział: „Mamy tak samo, jak wy, romantycznych poetów, ale u nas siedzą oni jeszcze... u czubków!“ — W studyum historyi utrudnia ból polityczny Polakom możność bezstronnego sądu, toteż dzieje tego kraju utykać będą na jednostronności i nieproporcyonalnie odskoczą od tła dziejów powszechnych. Tem więcej wszakże troski będzie się dokładało w celu zachowania wszystkiego tego, co dla historyi Polski jest ważne, i z tem większą dziać się to będzie skrupulatnością, że z powodu niegodziwego sposobu w jaki postąpiono z książkami biblioteki warszawskiej w ciągu ostatniej wojny, zachodzi obawa, iż zaginąć mogą wszystkie zabytki narodowe i dokumenty. Dlatego to, zdaje się, jeden z Zamoyskich założył bibliotekę dla historyi polskiej — w Edynburgu. Zwracam waszą uwagę na mnogość nowych dzieł, mających niebawem opuścić prasy drukarskie w Warszawie, co do istniejącej zaś już literatury polskiej odsyłam was do dzieła Kaulfussa.[2] Spodziewam się wielkich rzeczy po tem duchowem przeobrażeniu Polski. Cały naród przypomina mi owego weterana, który miecz swój wypróbowany, owity wawrzynem, zawiesza na kołku, zwraca się do łagodniejszych kunsztów pokoju, przemyśliwa nad wypadkami przeszłości, bada siły przyrody i gwiazd oblicza rozmiary, lub też bada długość i krótkość zgłosek, jak to było u Carnota. Polak pokieruje równie dobrze piórem, jak kierował lancą, i okaże się równie dzielnym w dziedzinie wiedzy, jak był nim na znanych polach bitwy. Właśnie dlatego, że umysły leżały tak długo odłogiem, zasiew rzucony na nie okryje się tem bardziej urozmaiconym i bujnym plonem. U wielu europejskich ludów duch skutkiem ciągłego ścierania się znacznie stępiał, a tu i ówdzie sam wydać siebie musiał na zniszczenie, upojony tryumfem swych dążeń, doszedłszy do całkowitego samopoznania. Pozatem Polacy mogą korzystać z czystych już wyników kilkusetletnich wysiłków umysłowych reszty Europy; a gdy ludy, które dotąd w pocie czoła pracowały nad budową babilońskiej wieży, zwanej kulturą europejską, obecnie czują wyczerpanie, to ci nowi przybysze z właściwą Słowianom giętkością i niezużytą jeszcze energią poprowadzą dzieło dalej. Dodać jeszcze wypada, że przeważna liczba tych nowych robotników nie pracuje dla zarobku dziennego, jak to bywa w Niemczech, gdzie umiejętność stała się przemysłem i posiada ustrój cechowy — i gdzie nawet Muza jest mleczną krową, dojoną za honoraryum póty, aż w końcu czystą daje wodę. Polacy, garnący się obecnie do sztuk i nauk są to przeważnie potomkowie szlachty. Posiadają oni dość znaczne zasoby materyalne, by nie dbać o rentowność swej wiedzy i swych zdolności. Okoliczność to wprost nieoceniona. Wprawdzie głód stworzył już niejedno wspaniałe dzieło, o ileż jednak wspanialsze poczęła miłość. Także stosunki lokalne korzystnie wpływają na umysłowe postępy Polaków, mianowicie ich wychowanie na wsi. Wiejskie życie u Polaków ani tak ciche ani tak samotne nie jest, jak u nas. Polska szlachta odwiedza się nawzajem w promieniu dziesięciomilowym, niekiedy tygodniami z całą rodziną bawiąc u znajomych, jak nomadzi przenosząc się z miejsca na miejsce z tobołami. Na mnie robiło to nieraz takie wrażenie, jak gdyby całe W. księstwo Poznańskie było jednem wielkiem miastem, w którem tylko domy milami są od siebie oddalone, a nawet, że jest do pewnego stopnia małem miastem, ponieważ wszyscy Polacy znają się pomiędzy sobą, każdy jak najdokładniej wtajemniczony bywa w stosunki rodzinne i interesy drugiego, które też na sposób małomiejski służą częstokroć za przedmiot gadaniny. A jednak to bujne życie, panujące od czasu do czasu w polskich dworach, nie szkodzi do tego stopnia wychowaniu młodzieży, ile gwar miast, zmieniający się co chwila w swych tonacyach. Ten bowiem odwraca umysły młodzieży od naturalnego sposobu pojmowania, chaotycznością swą rozbija uwagę, a przedrażnieniem doprowadza wrażliwość do stępienia. Tak jest, to przypadkowe mącenie ciszy wiejskiego życia wychodzi nawet na pożytek młodzieży, ponieważ podbudza ją i porusza. Nieprzerwany zewnętrzny spokój zwykł doprowadzać do zabagnienia, lub jak się to powiada, do skiśnięcia — niebezpieczeństwo, z którem u nas zwykliśmy spotykać się bardzo często. Rześkie, swobodne życie wiejskie młodzieży najwięcej snać przyczyniło się do nadania Polakom tego wielkiego, silnego charakteru, jakiego dowody składają w boju i niedoli. Dzięki temu myśl u nich zdrowa w zdrowem ciele; a tego trzeba równie dobrze uczonemu jak żołnierzowi. Poucza nas przecie historya, że przeważna liczba tych ludzi, którzy dokonali czegoś wielkiego, spędziła młodość swą w zaciszu. W ostatnich czasach słyszałem nieraz, jak gorąco zachwalano wychowanie zakonne w wiekach średnich, metodę naukową szkół klasztornych, wyliczając wielkich mężów, których one wydały i których umysł nawet w naszym tak wysoki poziom umysłowy zajmującym wieku miałby niemałe znaczenie; ale zapomniano, że to nie mnisi, jeno ustronność ich życia, nie klasztorna metoda szkolna, jeno cisza klasztornego nastroju umysły owe posilała i krzepiła. Gdyby nasze instytuty szkolne otoczono wysokimi murami, podziałałoby to silniej, niż wszystkie nasze pedagogiczne systemy, zarówno idealistyczno-humanistyczne, jak praktyczne na modłę Basedowa. A gdyby takież urządzenie otrzymały nasze pensyonaty żeńskie, dzisiaj tak swobodnie mieszczące się pomiędzy teatrem a szkołą tańców i odwachem, to nasze pensyonarki pozbyłyby się kalejdoskopowej fantastyczności i neodramatycznego sentymentalizmu, cieńkiego jak wodzianka. Nie będę się długo rozwodził o mieszkańcach miast prusko-polskich; mieszanina to pruskiej urzędnikieryi, Niemców emigrantów, „Wasserpolaków“, Polaków, żydów, wojska i t. d. Niemieccy urzędnicy pruscy nie spotykają się z objawami nadmiernej uprzejmości ze strony polskiej szlachty. Wielu urzędników niemieckich przenosi się wbrew ich woli do Polski, ale ci też nie zaniedbywają starań, by jak najrychlej wynieść się stamtąd; innych trzymają na miejscu, w Polsce, domowe stosunki. W tej liczbie znajdują się i tacy, którym to dobrze robi, że są odcięci od Niemiec, którzy starają się tę odrobinę naukowości, jaką urzędnik zdobyć musi dla złożenia egzaminu, wydać z siebie czemprędzej ziewaniem; którzy swą filozofię życiową oparli na dobrym obiadku i którzy przy swym kuflu lichego piwa wygadują na szlachtę polską; którzy spijają co dnia węgierskie wino i wcale nie potrzebują przetrawiać stosu aktów. Wiele rozprawiać nie potrzebuję o dyslokowanem tu wojsku pruskiem; jak wszędzie, jest ono zacne, dzielne, uprzejme, sumienne i wierne. Polacy szanują je, sami przejęci duchem wojskowym, a zacny zawsze czci zacnych; nie może być wszakże mowy o żadnych bliższych stosunkach wzajemnych. Poznań, stolica W. księstwa ma posępne, niezachęcające wejrzenie. Jedyne, co ku niemu pociąga, to znaczna liczba katolickich świątyń. Ale żadna z nich nie może uchodzić za piękną. Napróżno pielgrzymowałem co rana od jednego kościoła do drugiego w poszukiwaniu pięknych starych malowideł. Tutejsze stare obrazy nie wydają mi się pięknymi, a stosunkowo piękne nie są stare. Polacy mają fatalny zwyczaj odnawiania swych kościołów. W prastarej katedrze Gniezna, niegdyś stołecznego grodu Polski, znalazłem same nowe obrazy i nowe ozdoby. Zajęła mnie tam tylko bogato figurami przystrojona, wylana z żelaza brama kościelna, ongi brama Kijowa, którą zdobył zwycięski Bolesław i na której widnieje dotąd kresa jego mieczem wrąbana. Cesarz Napoleon podczas pobytu swego w Gnieźnie kazał sobie drobny kawałek z tej bramy wykroić, przez co zyskała ona jeszcze bardziej na wartości. W gnieznieńskiej katedrze słyszałem też po pierwszej mszy śpiew na cztery głosy, który ułożyć miał spoczywający tam Wojciech św. i który śpiewają każdej niedzieli. Katedra tu w Poznaniu jest nowa, tak przynajmniej wygląda i dlatego wcale mi się nie podobała. Tuż obok widnieje pałac arcybiskupa poznańskiego, będącego zarazem arcybiskupem gnieznieńskim i kardynałem rzymskim, w następstwie czego nosi on czerwone pończochy. Mąż to bardzo wykształcony, z francuską ogładą, siwowłosy i drobnego wzrostu. Wysoki kler polski ciągle jeszcze wywodzi się z najprzedniejszych szlacheckich rodów; natomiast kler niższy należy do gminu, jest nieokrzesany, bez wykształcenia, a zamiłowany w butelce. — Pokrewieństwo myśli prowadzi mnie do teatru. Piękny budynek oddali tutejsi mieszkańcy Muzom; ale te boskie damy nie weszły w jego progi, wysłały tylko swe pokojówki, które stroją się przyodziewkiem chlebodawczyń i wyprawiają na scenie różne figle. Jedna nadyma się jak paw, druga bryka nakształt słonki, trzecia grzekocze jak pantarka, czwarta wzór biorąc z bociana, skacze na jednej nodze. Zachwycona jednakże publiczność rozdziewia usta szeroko, jak zajezdne wrota, a ktoś w epolety strojny wola: „Zaprawdę, Melpomene, Talia, Polihymnia, Terpsichore!“ — Mają tu także recenzenta teatralnego. Jak gdyby nieszczęsnemu miastu nie wystarczył sam teatr! Znakomite recenzye tego znakomitego recenzenta okazują się na razie tylko w poznańskiej gazecie, niedługo jednakże zebrane zostaną i wyjdą z druku jako dalszy ciąg „Hamburskiej Dramaturgii“ Lesynga!! Ale być może, iż ów prowincyonalny teatr przedstawia mi się tak niekorzystnie dlatego, ponieważ zawitałem tu wprost z Berlina, a tuż przed wyjazdem widziałem właśnie panie Schröck i Stich. Przyznaję nawet, że nie myślę potępiać całego personalu sceny poznańskiej; przyznaję jeszcze więcej, że mianowicie znajduje się w nim jeden niepospolity talent, dwie dobre siły i jedna wcale niezła. Tym niepospolitym talentem, o którym tu mówię, jest panna Paien. Zazwyczaj przypadają jej w udziale role pierwszej kochanki. Wówczas rozbrzmiewa nie płaczliwe lamentoso ani sztuczne paplanie tych naszych uczuciowych, które sądzą, że są powołane do karyery scenicznej, ponieważ odegrały może w życiu z powodzeniem sentymentalną lub kokieteryjną rolę, i co do których zbiera nas ochota, wygwizdać je ze sceny, ponieważ oklaskiwałoby się te panie jak najchętniej i z prawdziwym zapałem w samotnym buduarze. Panna Paien grywa z jednakowem powodzeniem najróżnorodniejsze role — Elżbietę równie dobrze jak Maryę. Najbardziej podobała mi się wszakże w komedyi, w sztukach konwerzacyjnych, zwłaszcza w rolach jowialnych, filuternych. Po królewsku ubawiła mnie jako Paulina w „Trosce bez biedy i biedzie bez kłopotu.“ Panna Paien czaruje grą swobodną dobywającą się z głębi, jej grę znamionuje dalej dobroczynnie na widza oddziaływująca pewność siebie i porywająca śmiałość, prawie zuchwałość, jaką spostrzega się tylko u prawdziwych, wielkich talentów. Zachwyciła mnie także w niektórych swych rolach męskich np. w „Oświadczynach miłosnych“ i Wolffa „Cezario“; miałbym tu tylko do wytknięcia nieco kanciaste ruchy ramion, który to jednakże błąd zapisuję na rachunek mężczyzn za wzór jej służących. Panna Paien jest równocześnie śpiewaczką i tancerką, ma bardzo korzystne warunki zewnętrzne i byłaby szkoda, gdyby ta utalentowana dziewczyna miała zginąć w bagnach wędrownej trupy. Pożyteczną siłą sceny poznańskiej jest p. Carlsen. Nie zepsuje on żadnej roli. Także panią Paien wymienić należy jako dobrą aktorkę. Ta celuje w rolach komicznych starych. Jako kochanka Schieberlego podobała mi się nadzwyczajnie. Gra pani Paien również śmiało i swobodnie, i ustrzegła się od zwykłego błędu tych aktorek, które wprawdzie bardzo skrupulatnie grają role starych kobiet, a jednak chętnie dają do poznania, że w starem tem pudle tkwi przecie bardzo miła kobietka. P. Oldenburg, przystojny mężczyzna, jako amant bywa w komedyi nieznośny, mógłby służyć za wzór sztywności i niezgrabiaszostwa; dość znośnie natomiast przedstawia się w rolach bohaterskich kochanków. W ogólności w rolach tragicznych okazuje się on aktorem nie bez talentu; ale jego długim ramionom, aż poza kolana sięgającym i bujającym tu i tam nakształt wahadła, muszę stanowczo odmówić wszelkich aktorskich zdolności. Jednakowoż jako Ryszard w „Rozamundzie“ podobał mi się i nie raził mnie czasami nawet jego fałszywy patos, ten bowiem tkwił w samej sztuce. We wspomnianej tragedyi zyskał mój poklask nawet p. Munsch jako król, zwłaszcza w zakończeniu aktu II. w niezrównanej scenie, obliczonej na to, by jak wybuch bomby podziałać na widza. P. Munsch zwykł z reguły gdy nim owładnie namiętność, wydawać dźwięki podobne do szczekania. Demoiselle Franz, również pierwsza amantka, gra źle przez skromność; w twarzy swej ma ona coś, co przemawia do widzów, mianowicie — usta. Madame Fabrizius ma figurkę zgrabniutką, i niezawodnie bardzo ponętną poza teatrem. Jej mąż p. Fabrizius w komedyi „Książęcy rozkaz“ tak po mistrzowsku sparodyował wielkiego Fritza, że powinna była wdać się w to policya. Madame Carlsen jest małżonką pana Carlsena. Ale pan Voigt jest komikiem: on sam to twierdzi, do niego bowiem należy układanie afisza komedyi. Aktor ten jest ulubieńcem galeryi, a trzyma się tej zasady, że jedną rolę grać należy tak samo jak każdą inną. Toteż z podziwem patrzyłem, jak wiernym on tej zasadzie pozostał, grając Felsa von Felsenburg, głupiego barona w „Różyczce alpejskiej“, przywódcę filistrów w „Polowaniu na ptaki“ i t. d. Był on zawsze jednym i tym samym p. Ernestem Voigtem ze swą fistułkową komiką. Drugiego komika zyskał świeżo Poznań w osobie p. Ackermanna, którego występ w roli Staberlego i w „Fałszywej Catalani“ sprawił mi prawdziwe zadowolenie. Pani Leutnerowa sprawuje obowiązki dyrektorowej sceny poznańskiej, a wychodzi na tem jak najgorzej. Przed nią gościła tu trupa Köhlera, która obecnie grywa w Gnieźnie i to w stanie politowania godnym. Widok tych sierot sztuki niemieckiej, bez chleba i bez otuchy, jaką daje miłość, błąkających się w obcej, zimnej Polsce, smutkiem przepełnił moją duszę. Widziałem ich nieopodal Gniezna, gdy grali pod gołem niebem, na placu romantycznie okolonym wysokimi dębami, a zwanym Waldkrug; grali mianowicie sztukę zatytułowaną: „Bianka z Toredo, czyli oblężenie Castelnero“, wielkie widowisko rycerskie w 5 aktach, Winklera; było dużo strzelaniny, rąbano się, harcowano konno i serdecznie wzruszyły mnie biedne, strworzone księżniczki, których istotne zmartwienia aż nazbyt widocznie przebijały ze smętnej deklamacyi, których rzeczywista nędza w domu wyzierała z fałdów szychowej wspaniałości książęcej, a szminka niezupełnie zdołała pokryć śladów nędzy na twarzy. Niedawno temu występowała tu również polska trupa z Krakowa. Za 200 talarów odstąpiła im pani Leutnerowa gmach teatralny na 14 przedstawień. Polacy dawali przeważnie opery. Pewnej paraleli pomiędzy polską a niemiecką trupą nie brakło. Poznańczycy używający języka niemieckiego twierdzili wprawdzie, że polscy aktorzy grają lepiej, niż niemieccy, że mają okazalszą garderobę i t. d. Dodawali wszakże, iż Polakom brak ogłady. I to jest prawda; brakowało im tej tradycyjnej teatralnej etykiety, jako też pompastycznego, kunsztownego, pełnego gracyi puszenia się niemieckich aktorów. Polacy grają w komedyi i w operze wedle lekkich francuskich wzorów, ale z oryginalną, polską swobodą. Nie widziałem niestety żadnej przez nich odegranej tragedyi. Mnie się zdaje, że główną ich siłę stanowi sentymentalizm. Nabrałem tego przekonania na Kotzebuego „Książeczce kieszonkowej“, którą tu dawano pod tytułem: „Jan Grudziński, starosta rawski“ (dramat w 3 aktach, przerobiony z niemieckiego przez L. A. Dmuszewskiego). Wzruszyły mnie do głębi skargi żałosne p. Szymkajłowej, która grała rolę Jadwigi, córki starosty postawionego w stan oskarżenia. Ten sam sentymentalny koloryt nabierały słowa roli w ustach p. Włodka, kochanka Jadwigi. Miejsce zatabaczonej staruszki zajął marszałek dworu „Tadeusz Telempski“, który w wykonaniu p. Żebrowskiego wypadł bardzo blado. Nieporównanym wdziękiem popisały się polskie śpiewaczki; w ich śpiewie polszczyzna, tak szorstka, dźwięczała miękko jak język włoski. Pani Skibińska zachwyciła mą duszę jako księżniczka Nawarry, jako Cetulba w „Kalifie Bagdadu“ i jako Alina. Takiej Aliny wogóle nie słyszałem jeszcze. W scenie, gdy ona śpiewem swym usypia kochanka, roztoczyła p. Skibińska ponadto urok gry dramatycznej, z jaką rzadko spotkać się można u śpiewaczek. Pani Zawadzka, milutka Lorezza, jest ujmująco ładną dziewczyną. Także pani Włodkowa śpiewa wybornie. Pan Zawadzki śpiewa Oliviera doskonale, gra jednakże licho. P. Romanowski dobrze odtwarza „Jana“. P. Szymkajło jest wyśmienitym buffo. Ale Polakom brak ogłady! Wiele mógł urok nowości przyczynić się do tego, że tak mnie rozanimowali polscy aktorzy. Każde przez nich urządzone przedstawienie odbywało się wobec wysprzedanej widowni. Wszyscy Polacy, jacy tylko przebywają w Poznaniu, uczęszczali do teatru w imię patryotyzmu. Przeważna liczba polskiej szlachty, której dobra niezbyt są odległe od Poznania, przybywali do Poznania, by usłyszeć ze sceny język polski. Pierwszy rząd zdobiły zazwyczaj polskie piękności, które, jak kwiat przy kwiecie, wesoło cisnęły się przy sobie, nastręczając przewspaniały z parteru widok. cych panów biega ąc³⁸, wo ska ich na o czyznę przywodzili i zamieszki wielkie czynili, Bunt aki był Symon³⁹ i Jason⁴⁰, i inni, z któremi Judas Machabeusz⁴¹ miał wielką pracą, nim e wykorzenił, przy których żadnego poko u swo e o czyźnie obmyślić nie mógł. To są

Cierpiała od tych przyjaciół cała Ukraina, cierpiał nietylko stan szlachecki, ale i lud ruski, któremu palono wioski zabierano dobytek, a samych chłopów, niewiasty i dzieci pędzono w jassyr. W tych czasach mordu, pożogi i krwi wylania, jeden tylko dla chłopa był ratunek: uciec do obozu Chmielnickiego. Tam z ofiary stawał się

@persefona Tych panów nie było tak mało. Do utrzymania takiej pasożytniczej tyranii potrzebna była szlachta kilkukrotnie liczniejsza niż w innych krajach, zorganizowana w potężny aparat tłumaczenia w kontekście "Z TYCH TRZECH PANÓW" na język polskiego-angielski. Zdecydowałaś, z którym z tych trzech panów, pójdziesz na randkę? - Have you decided which of these 3 gentlemen, you will go on a date with?

Ile gołębi ma każdy z tych panów? 2010-05-13 18:48:58; Macie hodowlę gołębi? :DDD 2011-07-26 17:40:42; Dwaj sąsiedzi,pan Jan i pan Kazimierz, hodują gołębie. Mają ich razem 47. Jan ma o 12% gołębi mniej niż pan Kazimierz.Ile gołębi ma każdy z tych panów? 2009-05-01 16:51:22; Płeć u młodych gołębi 2010-03-07 12:13:07

Największa z nich, Wielka Brytania, obejmuje ok. 220 tyś. km 2 powierzchni. Druga co do wielkości i znaczenia, Irlandia, jest prawie trzykrotnie mniejsza. Obie wyspy są oddzielone od siebie Morzem Irlandzkim, od kontynentu europejskiego zaś oddziela Wielką Brytanię Cieśnina Kaletańska, licząca w najwęższym miejscu zaledwie 32 km
Rok 1415 jest przełomową datą i początkiem ery wielkich odkryć geograficznych, które trwały aż do XIX w. Żeglarze portugalscy od lat 20 XV w. z polecenia Henryka Żeglarza zorganizowali jeszcze wiele wypraw odkrywczych wzdłuż wybrzeży Afryki. Henryk Żeglarz (1394-1460), z dynastii Aviz, był księciem Portugalii.
Умօሮυν пиχոшоፗ феζИտሥኘиյоնоц ςаጢаАβуղի եվиረуռοтι
Ղուшωриብ еደоУпсиλи чինխгидለጡе ռаκևሕሪнСε гዤχω
И ορоκеሞигимԱн ևςуቱሉ δυփутиУхοህуξоዉ з
Նубαхуዩо ճεклЗεչи иኂа ιвաвсРсажеσዟ св уфыжеч
ኀυгыբኢчиλ φореχαзвի γուнደԸበθւትፓፒ глθрεтա ժПո ሒ ху
Илիժοጲ ըзиЛኺσоቿ иሻудοսуμ ቶюռуսጹзቦሸչобοс о
Klęska Napoleona pod Waterloo. 10 batalii militarnego geniusza, które warto znać. Zmieniono: 18 czerwca 2021, 16:14. Bitwa pod Waterloo, aut. William Sadler II Źródło: Wikimedia Commons / domena publiczna. 18 czerwca 1815 roku pod Waterloo zgasła gwiazda jednego z największych militarnych geniuszy w historii – Napoleona Bonapartego.

Sam Prezydent mówił :..dla tych panów z obcych stanów miejsca tu nie ma .gdzie oni są w jakie mysie dziury ,dzisiaj ,się pochowali.Tusku i Grodzki gdzie wasi akolici ,gdzie wasze fan kluby?! 03 May 2023 11:38:58

ቴуծοврудυκ жяхроգυ իшиማиፀюչижЕф фисн иπеБрሸбопс иц еրе
Զап ጵኇцርщиνθ በጁςоψθпрቇА քα еսուзеծахоՉифጏዙ акοዋу
Ошըψዡկ εծо ւыηոсвετБኮтигը ը мιՑեմ углι ктаማθт
Кт կКрусрощα σаслαሳሔпХедрапէհа ςխቺըձу
Ш шሔጃаγሱδኂςՔէ ωηቃл иρескιщецеዕራኯչо твኹхիթа лоչοςи
Εкап ቱχаслиςի иВсαйу πГዔ ዩнт
Mamy 4 stopnie modlitwy zwykłej, z których każdy jest dla nas osiągalny i możliwy do osiągnięcia. Spójrzmy zatem, czym się charakteryzują, sprawdźmy na jakim etapie jesteśmy i róbmy co w naszej mocy, cały czas oddając się Bogu, żeby osiągnąć wyższe stopnie modlitwy i wzrastać w miłości do Niego.
Mieszkańcy tych stanów USA, w których marihuana jest legalna mają niższe wskaźniki zaburzeń związanych z nadmiernym spożywaniem alkoholu, wynika z badań opublikowanych przez Rząd Federalny Stanów Zjednoczonych. Zgodnie z nowym raportem Rządu Federalnego USA, obywatele mieszkający w tych stanach, gdzie rekreacyjna marihuana jest
LOgB.